Fakty i Mity – felietony

logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony

Zobacz cotygodniowe fakty, publikowane w tygodniku „Fakty i Mity” do czerwca 2017

Poniżej wybrane felietony pt. „Pospolitość skrzeczy”, publikowane w tygodniku „Fakty i Mity” do czerwca 2017 (kliknij w tytuł, aby rozwinąć)

Nielegalni ludzie

Świat wyznawców PiS i religii smoleńskiej jest tak prosty, że aż prostacki. Liczą się tylko oni, reszta świata to drugi sort. Kołtuństwo przybrało rządowe oblicze…

W fundamentalnej dla przyszłości Europy debacie o uchodźcach, rządząca Polską kacza ekipa cynicznie rozgrywa strachy szarych ludzi. Na ich lękach i obawach chce budować swe wyborcze zwycięstwo w wyborach parlamentarnych 2019 roku. Dla każdego z nas potrzeba bezpieczeństwa jest pierwszoplanowa. Dla tych, którzy nie potrafią intelektualnie ogarnąć złożoności współczesnego świata, zagrożenie czai się wszędzie, a strach narasta. Ekipa rządowa z premedytacją te lęki podsyca.

Frazy, które skrobano niegdyś na ścianach toalet albo półgębkiem i wstydliwie wypowiadano wśród kalafiorów i naci pietruszki, obecnie awansowano do rangi „opinii w debacie”. Choć padają w rozmowach na salonach tej władzy, towarzyszący im smród i pastewne imponderabilia nie zelżały. Wzmacnianie antyimigranckiej paniki to jest to na czym tej władzy szczególnie zależy. Zwłaszcza że na „dzień dobry” aż 75 proc. społeczeństwa nie chce przejmowania jakichkolwiek imigrantów w Polsce.

Niestety, polemizująca z PiS opozycja nierzadko używa argumentów, które tylko podsycają te wyolbrzymione lęki i obawy. Kluczową – nadzwyczaj idiotyczną – frazą jest ta o „nielegalnych uchodźcach”. Zastanówmy się, jakie jest znaczenie tych dwóch słów. „Nielegalnym” jest wszystko to, co nie jest legalne. Zatem wszystko to, co niezgodne z prawem, bezprawne. „Uchodźcą” jest osoba, która zmuszona jest przebywać poza swoim krajem z obawy przed prześladowaniem, obojętnie z jakiego powodu. Osoba – czyli człowiek. Czy ludzie mogą być nielegalni?

Uciekający przed prześladowaniem z własnego kraju mogą mieć nieuregulowany status prawny. Np. dlatego, że na terytorium innego kraju dostali się nielegalnie przekraczając granicę. To nie oznacza jednak, że jakikolwiek człowiek może być „nielegalny”, że nie ma prawa istnieć i że w ogóle nie ma żadnych praw. Jednak takie antyhumanitarne, antychrześcijańskie postawy to surowiec z którego PiS kręci już swoją kiełbasę wyborczą…

20 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Uchodźcy. To nie jest wydumany problem. Średnio jedna osoba na 113 na świecie jest zmuszona do przesiedlenia. Na koniec ub. roku było na świecie aż 65,5 mln takich osób. Największą grupą spośród nich są właśnie uchodźcy, zmuszeni do ucieczki z własnego kraju, szukający bezpiecznego schronienia, azylu.

Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) opublikował najnowszy raport. Szacuje, że aż 22,5 mln osób musi uchodzić ze swego ojczystego kraju. Aż 5,5 mln ucieka z ogarniętej wojną Syrii, do dzisiaj aż 1,87 mln osób uciekło z niespokojnego Sudanu Południowego. Na świecie dodatkowo aż 6,9 mln osób zmuszonych zostało do przesiedleń w obrębie swojego kraju. Autorzy raportu podkreślają – „To oznacza, że co 3 sekundy jedna osoba zostaje przesiedlona – to mniej niż czas potrzebny do przeczytania tego zdania”.

Czy ktokolwiek znający te realia może utożsamiać dżihadystów z uchodźcami? Czy uchodźcy to terroryści? Dla każdego używającego w miarę sprawnie rozumu jest oczywiste, że nie sposób uchodźców utożsamiać z terrorystami. Problem w tym, że prawdziwy terroryści skrywają się w tłumie uchodzących przed prześladowaniami ze swoich krajów. Dlatego odpowiednie służby mają problem z ich wyłapaniem. Ale Polska zobowiązała się do przyjęcia… sześciu tysięcy osób! Czy to jest liczba ludzi, z których sprawdzeniem nie poradziłyby sobie polskie służby? Czy zagrożenie naszego bezpieczeństwa, – o którym gardłuje PiS – rzeczywiście jest realne?

Unijna polityka „relokacji” czyli rozlokowania uchodźców jest wyjątkowo naiwna oraz sprzeczna z podstawowymi wartościami UE. Nie powinno się przecież przymusowo przenosić ludzi gdziekolwiek wbrew ich woli. To sami uchodźcy powinni decydować, który kraj chcą wybrać jako miejsce swojego bezpiecznego schronienia. A ich wybór nie jest zgodny z oczekiwaniami unijnych decydentów. Kilkanaście dni temu minister spraw wewnętrznych Litwy ujawnił – „Prawie 80 proc. przesiedlonych uchodźców znów opuściło Litwę”. Również Polska nie jest dla nich atrakcyjnym krajem pobytu.

Terroryści to zupełnie odrębny problem. Trzeba zauważyć, że nie biorą się znikąd. Do działania potrzebują pieniędzy. Skuteczna walka z nimi polega na likwidowaniu wspierających ich ośrodków, źródeł finansowania. Daesh, tzw. Państwo Islamskie, to samozwańczy ośrodek terrorystyczny, nazywający siebie kalifatem. Uformował się po nieudolnej interwencji USA w Iraku. Nieudolnej, bo Amerykanie mieli skuteczny plan militarny jak rozgromić Saddama Husajna. Ale kiepski, co zrobić po przejęciu władzy. Zabrakło w nim m.in. oferty dla członków arabskiej partii Baas.

Sunnickim i salafickim ekstremistom zamarzyło się własne religijne państwo. Ich sny o potędze właśnie się kończą. Kurdyjsko-arabskie oddziały, wspierane przez USA, oblegają Rakkę, stolicę ISIS. Wraz z jej upadkiem i upadkiem obleganego Mosulu, tzw. Państwo Islamskie przestanie istnieć. Ale nie oznacza to, że zniknie problem terroryzmu. Podobnie jak nie zniknął po śmierci Osamy bin Ladena i rozpadzie jego Al.-Ka’idy.

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
19 czerwca 2017

Herostratesi islamu

Pierwszy terrorysta w dziejach ludzkości spalił efeski Artemizjon. Współcześni do zabijania w imię Boga używają wszystkiego: od bomb i samolotów poprzez karabiny i ciężarówki aż do noży i pasów szahida…

Wymazane ze wszystkich pism miało być imię szewca, który w 356 roku p.n.e. spalił jeden z siedmiu cudów świata – świątynię Artemidy w Efezie. Ale relacja o tym piromanie żądnym sławy przetrwała przez wieki. Uznano go za pierwszego terrorystę w dziejach. Dążenie do sławy za wszelką cenę w psychologii nazwano nawet „kompleksem Herostratesa”. Nie ma pewności czy jego chęć unieśmiertelnienia swego imienia nie miała podłoża religijnego.

W przypadku współczesnych morderców z Koranem w ręku, takich wątpliwości nie ma. Ich odrażające zbrodnie mają być biletem wstępu do Dżannah, islamskiego raju. Na tych barbarzyńców mają czekać domy z pereł wśród drzew o złotych pniach. Przede wszystkim wiecznie młode i piękne dziewice: hurysy. Dla każdego do 72. Oszołomionych wadliwie rozumianymi wersetami Koranu nie odstręcza nawet to, że te „wiecznie młode” dziewice mają mieć po 33 lata. Przecież to żaden rarytas, ale stare panny.

Żarty na bok. Czy świat, Europa, Polska mogą mieć jakąkolwiek skuteczną receptę na islamskie szaleństwo? Taka recepta istnieje, choć jej zastosowanie nie oznacza wyeliminowania motywowanego religią krwawego oszołomstwa. Trzeba umieć patrzeć na fakty i nie ulegać żadnym mitom. We współczesnym świecie o to jednak trudno. Intelektualiści różnej maści np. wylewają krokodyle łzy nad decyzją Trumpa o wycofaniu się USA z paryskiego porozumienia klimatycznego. To nie jest dobra decyzja, ale są gorsze wieści.

Jako przyczynę globalnego ocieplenia wskazywana jest „działalność człowieka”, zwłaszcza zaś „wzrost stężenia dwutlenku węgla”. Mało kto zauważa, że za ok. 70 proc. wzrostu stężenia gazów cieplarnianych (metanu) do 2050 roku odpowiadają… krowy! Przeżuwając paszę roślinną produkują metan, 25 razy bardziej szkodliwy niż CO2. W dyskusji o globalnym ociepleniu argument krowich pierdów nie jest jednak zbyt elegancki…

Podobnie zderzenie mitów z faktami mamy w każdej dziedzinie. Naukowcy ustalili nie tak dawno, że np. uprzedzenia rasowe mają już nawet półroczne niemowlęta! 90 proc. z nich obdarza większym zaufaniem ludzi swojej rasy, choć nigdy nie zetknęły się jeszcze z ludźmi innej! Generalnie ludzkie reakcje czy postawy niewiele mają wspólnego z racjonalną analizą otaczającego ich świata. Warto przy tym zauważyć, że większość ludzi nie potrafi racjonalnie analizować nawet własnego życia.

Ta właśnie większość kieruje się rozmaitymi atawizmami, konformizmem. Cechuje ją dezindywidualizacja, identyfikacja z tłumem, utożsamienie się z jego, że się tak wyrażę, wartościami. To są niewidoczni, ale realni sternicy władz państwowych. Są katalizatorem zbiorowej świadomości. To suma ich strachów decyduje o politycznych wyborach decydentów.

Kto słyszał o piramidzie potrzeb Masłowa, ten wie jakie znaczenie ma potrzeba bezpieczeństwa. W hierarchii ludzkich potrzeb zajmuje ona naczelne miejsce. Zaraz po potrzebach fizjologicznych – przed potrzebą miłości! Nie ma się co oszukiwać – strachy na Lachy zawsze były i nadal są skuteczną metodą sterowania tłumem. Strach polskiego tłumu przed „uchodźcami” nie ustąpi, po odwołaniu się do wyższych wartości. Nawet dla głęboko wierzących tzw. chrześcijańska miłość bliźniego czy też zwykły altruizm – to nic w porównaniu z lękiem o własne bezpieczeństwo!

Mam na myśli reakcje tłumu, nie zaś jednostek intelektualnie i emocjonalnie bardziej rozwiniętych. Na tych strachach gra wielu polityków. Nie tylko Trump w USA, Orban na Węgrzech czy Kaczyński w Polsce. Odrzucając z góry wszystkich „obcych” jawią się tłumowi jako żelazna gwarancja ich bezpieczeństwa. Attawizmów, konformizmu, irracjonalnych lęków nie pokona się tak szybko. Zwłaszcza, że po stronie wrogów imigrantów także padają racjonalne argumenty. Choćby taki, że lepiej im pomagać na miejscu.

„Uchodźcy ze smartfonami” głosują nogami przeciwko naiwnej polityce relokacji UE. Fałszywe jest założenie, że imigranci dadzą się rozparcelować po różnych krajach według jakichś kryteriów wydumanych zza brukselskimi biurkami. Dla tych, którzy wybierają socjal, geograficzny cel wyznacza wysokość socjalnych benefitów. Pójdą tam, gdzie dostaną najwięcej, wystarczy tylko, że się o tym dowiedzą. Przymusowe „przydzielanie” ich różnym krajom jest kretyństwem. Jest też niehumanitarne, bowiem redukuje te osoby do roli przedmiotów unijnej polityki. Odbiera im prawo wyboru – ów podstawowy atrybut wolności.

Uchodźcy – ci prawdziwi – także kierują się głównie potrzebą bezpieczeństwa. Chcą go dla siebie i swoich rodzin. Nie ma się co oszukiwać – skoro porzucili już swoje domy, chcą wybrać ten kraj, w którym według nich będzie im najlepiej. Każdy z nas zrobiłby to samo. Problem z terrorystami polega na tym, że służby pilnujące naszego bezpieczeństwa nie potrafią w porę zauważyć ich wśród prawdziwych uchodźców. Skrywają się w ich tłumie. Pierwszym krokiem do poprawy naszego bezpieczeństwa powinno być zatem postawienie tamy dla tej ludzkiej powodzi.

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
09 czerwca 2017

Amerykański jastrząb

Uważał że „Ameryka jest zbyt słaba, by sama rozwiązywać problemy światowe i zbyt potężna, by można je rozwiązywać bez niej”. Polskę miał w swoim sercu.

26 maja br. zmarł prof. Zbigniew Brzeziński, warszawiak o podwójnym obywatelstwie: amerykańskim i polskim. Politolog, sowietolog, geostrateg, doradca prezydenta USA Jimmy’ego Cartera w latach 1977-1981. Wcześniej, w latach 1966-68 pracował dla amerykańskiego Departamentu Stanu (odpowiednik MSZ) w Biurze Planowania Politycznego. Amerykański „Newsweek” nazwał go wówczas „kopalnią nowych idei”. Dla republikanów był zbyt „miękki”, więc opuścił administrację prezydenta Johnsona. Od 1973 przewodniczył założonej przez Rockefellera organizacji o nazwie „Komisja Trójstronna”. Promowała współpracę Ameryki Północnej, Europy i Japonii. Działa do dzisiaj, porównywana jest z tzw. Grupą Bilderberg, skupiającą wpływowe osobistości ze światowej polityki i gospodarki. Porównywana jest nie bez powodu – większość prezydentów USA po 1973 roku było członkami tejże „Komisji Trójstronnej”.

Na spotkaniach tej komisji Zbigniew Brzeziński poznał ówczesnego gubernatora Georgii, Jimmy’ego Cartera. Zaangażował się w jego kampanię prezydencką, sformułował założenia polityki zagranicznej. Po wybraniu Cartera prezydentem USA został jego doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Miał wtedy powiedzieć: „Po raz pierwszy od trzystu lat Polak znalazł się na stanowisku, na którym może naprawdę dołożyć Rosjanom.” Był autorem wielu trafnych bon-motów. Nie tylko tego o Ameryce zbyt słabej i zbyt silnej. Całkiem przytomnie mówił np. – „Rosja może być albo imperium albo demokracją, ale nie może być jednocześnie i jednym i drugim”.

Jako doradca Cartera wywarł wielki wpływ także na losy Polski. Miał swój osobisty udział w odzyskaniu przez nas wolności, członkostwie w Unii Europejskiej, sojuszu z NATO i USA. Powinniśmy go zapamiętać zwłaszcza za rolę, jaką odegrał w grudniu 1980 roku. W jego ocenie zbrojna interwencja ZSRR w Polsce była wówczas bardzo prawdopodobna. Rosjanie przekonują, że wtedy już nie myśleli o takim rozwiązaniu. Jak było naprawdę, być może ustalą za ileś lat historycy, mający dostęp do tajnych archiwów obu mocarstw.

Breżniew nie był zadowolony z ówczesnej sytuacji w Polsce, to oczywiste. Mówił na posiedzeniu biura politycznego KC KPZR – „Naszym obowiązkiem jest nazywać rzeczy po imieniu. Nad socjalizmem w Polsce zawisło straszne niebezpieczeństwo. Wrogowie stworzyli przepaść między partią a znaczną częścią świata pracującego. Polscy towarzysze nie znaleźli do tej pory żadnej metody, aby otworzyć oczy masom, żeby dostrzegły, że kontrrewolucja ma zamiar strącić w tę przepaść nie tylko komunistów, lecz najlepsze siły narodu.”

Brzeziński dla Cartera sporządził dosyć ostrą notę dyplomatyczną, którą ten wysłał 3 grudnia 1980 r. do Breżniewa. Ostrzegała ZSRR przed interwencją zbrojną w Polsce. Porządek jałtański nie był wówczas podważany, więc mogło się skończyć tylko na słowach. Ale nie można uznać, że to nie miało znaczenia. Ówczesny szef KGB Jurij Andropow, na posiedzeniu politbiura na Kremlu, 10 grudnia 1980 r. mówił wprost – „Nie możemy ryzykować. Nie możemy wprowadzać wojsk do Polski. Jest to słuszne stanowisko i musimy się go trzymać do końca. Nie wiem, jak rozwinie się sprawa z Polską, ale jeśli nawet Polska będzie pod władzą „Solidarności”, to będzie to tylko tyle”. Raczej nie był to efekt nacisku USA, a wynik analiz władz ZSRR.

W 2012 r. Fundacja Margaret Thatcher ujawniła niektóre, niegdyś tajne, dokumenty z okresu jej premierostwa. Wśród nich list Cartera do niej z 7 grudnia 1980. Pisał m.in. „przygotowania do sowieckiej interwencji militarnej w Polsce zostały zakończone. Jesteśmy też w posiadaniu dowodów na to, że Związek Radziecki postanowił wkroczyć do Polski ze swoimi siłami zbrojnymi…” Władze PRL nie chciały rosyjskiej interwencji. 5 grudnia 1980 r. spotkali się w Moskwie przywódcy państw Układu Warszawskiego. Prof. Brzeziński w notatce dla prezydenta Cartera z 12 grudnia 1980 podkreślił: „zajęto się kwestią, czy „Polska potrzebowała pomocy z zewnątrz” w formie interwencji militarnej. Kania był temu zdecydowanie przeciwny, utrzymując, że jego partia poradzi sobie z problemem samodzielnie”.

Zbigniew Brzeziński miał dosyć dobrą znajomość polskich realiów. Już po 13 grudnia 1981 roku, publicznie wyraził opinię, że Jaruzelski jako polski szlachcic „nie może zrobić narodowi polskiemu zbyt wielkiej krzywdy”. Rzeczywiście, polski stan wojenny, choć obciążony dramatami oraz ofiarami, był w historycznym kontekście dość aksamitnym przewrotem wojskowym. Na szczęście.

Polityka jest zwykle wypadkową rozgrywek najważniejszych jej aktorów. Zbigniew Brzeziński był jednym z tych ważniejszych. Do końca zachował przytomność umysłu. O obecnie rządzącym Polską PiS mówił wprost – „dzielą społeczeństwo i podważają wiarygodność państwa, rządu, sprawiedliwość. I to jest wstrętne. Te ciągłe bzdury o zamachu to strasznie wredna robota”…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
05 czerwca 2017

Polska droga do demokracji

Okrągły stół i wybory czerwcowe były kamieniami milowymi na polskiej drodze do demokratycznego państwa prawa. Nie przewidzieliśmy, że po ponad ćwierćwieczu ktokolwiek będzie chciał nas z tej drogi zawrócić…

W mojej ocenie oba te wydarzenia z najnowszej historii Polski należy analizować łącznie. Nie byłoby „Okrągłego Stołu”, gdyby władze PRL nie godziły się na częściowo przynajmniej demokratyczne wybory parlamentarne. Nie byłoby 4 czerwca 1989 roku, gdyby podczas „Okrągłego Stołu” rządzący PRL oraz opozycja nie doszli do porozumienia. To niewątpliwie ewenement w historii transformacji ustrojowych na świecie. Wszystkim, którzy psioczą na domniemaną „zmowę okrągłostołową” należy przypomnieć, że alternatywą mogłaby być krwawa wojna domowa. Udało nam się jej uniknąć, dzięki mądrości rządzących oraz opozycji.

„Okrągły stół pozwolił Polsce wyjść z dyktatury – bez ofiar, szubienic, plutonów egzekucyjnych. Z pewnością kryła się też za Okrągłym Stołem słabość. Ludzie władzy byli już zbyt słabi, by opozycję demokratyczną zniszczyć, zaś ludzie opozycji solidarnościowej zbyt słabi, by władzę komunistyczną obalić.” To opinia Adama Michnika, której nie sposób podważać. Wystarczy przeanalizować dokumenty oraz dyskusje podejmowane w trakcie okrągłego stołu (zobacz: okragly-stol.pl).

Lech Kaczyński sformułował tezę, powtarzaną do dzisiaj przez kacze środowisko. Twierdził, że „Okrągły Stół stał się początkiem zjawisk, które trzeba ocenić jednoznacznie negatywnie. (…) nie było tam żadnego tajnego spisku, lecz nastąpiła fraternizacja (…). Cała istota procesu społecznego po 1989 r. polegała na tym, że w walce o usytuowanie w zupełnie nowej strukturze społecznej, gospodarce rynkowej, ludzie z tamtego systemu mieli olbrzymią przewagę.” W uproszczeniu, Kaczyński wywodził, że „Okrągły Stół” był zły, bo po nim kaczki nie dały rady. Zważywszy na to, że Jarosław Kaczyński z kumplami zdążyli się uwłaszczyć na trupie tzw. Fundacji Prasowej „Solidarności” – teza jest fałszywa. Jeżeli miałaby być prawdziwa, to tylko dlatego, że wyziera z niej ogromna kacza chciwość i manifestowana od lat żądza jedynowładztwa…

Każdy rozsądny człowiek nie ma wątpliwości, że Okrągły Stół zapoczątkował polską drogę do wolności. Wybory 4 czerwca 1989 roku były tryumfem pokojowego procesu przekazywania władzy. Może przypomnijmy, że dokładnie tego samego dnia miała miejsce masakra chińskich studentów, rozjeżdżanych czołgami w Pekinie, na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Przykład Polski ośmielił inne kraje z obozu „demoludów”. W sierpniu 1989 roku kilkaset tysięcy Estończyków, Litwinów i Łotyszy domagało się niepodległości, tworząc „ludzki łańcuch” łączący stolice tych państw. Rozpoczęły się masowe ucieczki obywateli NRD do Niemiec. 23 października upadł komunizm na Węgrzech, 9 listopada runął mur berliński. Potem upadł opresyjny system w Bułgarii, Czechosłowacji. W grudniu 1989 r. rozpoczęła się krwawa rozprawa z dyktatorem w Rumunii.

W Polsce – na szczęście – nikt nie zawisł na latarniach, na ulicach nie pojawiły się czołgi. Miałem zaszczyt kierować biurem wyborczym Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego „S”, słynną „Niespodzianką”. W szczycie naszej kampanii wyborczej przychodziło do „Niespodzianki” ok. piętnaście tysięcy ludzi. Dziennie! Na warszawskim placu Konstytucji sprzedawaliśmy codziennie 5-6 tys. egz. pierwszych numerów „Gazety Wyborczej”. To był szalony czas żywiołowej, historycznie znaczącej transformacji ustrojowej. Dla nas, zaangażowanych aktywnie w kampanię – czas osobistego tworzenia historii (zobacz czerwiec1989.pl).

To było początkowe stadium rewolucji, zdefiniowanej przez Karla Raimunda Poppera jako przejście od społeczeństwa zamkniętego do otwartego. Domagaliśmy się wtedy od ówcześnie rządzących odejścia od modelu wszechwładzy. W „wyborczym” numerze wydawanego przez siebie bezdebitowego pisma młodzieży solidarnej „Bajtel” napisałem zdanie, które dzisiaj nabiera nowego znaczenia. Pisałem: „Uważam i głoszę to z całą odpowiedzialnością, że fakt udziału „Solidarności” w tych wyborach, pomimo niedoskonałości mechanizmów wyborczych, jest naszym wspólnym zwycięstwem. Po raz pierwszy w historii obozu komunistycznego, władza musiała dokonać bardzo znacznego samoograniczenia swego monopolu rządów, po raz pierwszy partyjna oligarchia stanęła oko w oko z przeciwnikiem, na którego policyjne pały okazały się już za krótkie”.

Minęło ponad ćwierć wieku, a znów mamy do czynienia z władzą, która uroiła sobie że ma monopol na wszystko i nie musi się liczyć ze zdaniem opinii społecznej. Jeszcze nie ma czołgów na ulicach, ale codziennie władza pogłębia okopy pomiędzy różnymi grupami społecznymi, szczuje do konfrontacji. Na razie ma ona charakter słowny, incydentalnie siłowy. Pytanie, do czego mogą doprowadzić wciąż nakręcane emocje?

Polską rządzi z tylnego siedzenia Ubu król ze sztuki Alfreda Jarry’ego. Obleśny i tchórzliwy cham, traktujący z buta nielubianych poddanych. Jeszcze tworzy pozory, używa eufemizmów, czasem przestrzega konwencji. Ale coraz mniej złudzeń, że chce nas zawrócić z naszej, wspólnie wybranej drogi do wolności…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
29 maja 2017

Komandosi wolności

Cichociemni – spadochroniarze Armii Krajowej nie są hołubieni przez obecną władzę. Być może dlatego są niesłuszni, bo politrucy historyczni PiS nie mają jak wpisać do podręczników, że wyszkolił ich Lech Kaczyński…

W minioną sobotę miał miejsce w Warszawie jubileuszowy, 60 Zjazd Cichociemnych i Ich Rodzin. „Cichociemni” byli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych utworzonych na Zachodzie. Skakali na spadochronach do okupowanej Polski, by wesprzeć walczącą Armię Krajową. Byli wszechstronnie wyszkolonymi komandosami. Potrafili po cichu i po ciemku zabić wroga. Każdy przechodził szkolenie zasadnicze, specjalnościowe i dodatkowe. Zasadnicze obejmowało zaprawę fizyczną, strzelanie, dywersję, kurs minerski, walkę w konspiracji, kurs spadochronowy. Ponadto każdy skoczek musiał wykuć „na blachę” tzw. legendę. Czyli nauczyć się fałszywej tożsamości, nazwisk i fikcyjnego życiorysu. Szkolenie specjalnościowe polskich „ptaszków” to były kursy: wywiadu, motorowy, pancerny, lotniczy, łącznościowy. Niektórzy zdobywali jeszcze dodatkowe umiejętności, np. kontrwywiadowcze, fałszowania dokumentów.

Do prowadzonego według standardów brytyjskiej Special Operations Executive, SOE (ang. Kierownictwa Operacji Specjalnych) szkolenia zgłosiło się 2413 ochotników. Mordercze kursy ukończyło 606, do zrzutu do Polski zakwalifikowano 579. Od lutego 1941 roku do grudnia 1944 roku, podczas 82 lotów ( z bazy spod Londynu, później z włoskiego Brindisi) skoczyło do kraju 316 Cichociemnych. Byli elitą dywersji. Z militarnego punktu widzenia nie mogli odegrać znaczącej roli w II wojnie światowej. Ale wsparli wydatnie Armię Krajową w walce z hitlerowskim okupantem. Przetarli drogę do wyszkolenia 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej, która walczyła w gigantycznej operacji „Market Garden”, z użyciem wojsk powietrznodesantowych.

Do Polski skoczyło 316 Cichociemnych (CC), 9 z nich zginęło już w czasie lotu lub skoku. Podczas wojny zginęło ich 103, większość w walce lub zamordowanych przez gestapo. 91 z nich walczyło w Powstaniu Warszawskim, 18 poległo. Wśród tych, którzy uszli z życiem był mój dziadek – cc por. Józef Zając, ps. Kolanko, Rozdzielacz, Zawór. Za udział w Powstaniu dwukrotnie dostał Krzyż Walecznych. Po zakończeniu wojny, stalinowskie sądy skazały na karę śmierci 9. Dziadek miał więc szczęście po raz drugi – został po wojnie w Londynie. Niestety, nie poznałem Go, zmarł w Anglii gdy miałem 9 lat. Pewnie to jeden z powodów, dla którego kilka lat temu zacząłem zgłębiać historię CC, w którą wplotła się także historia mojej rodziny.

Imię Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej nosi obecnie, utworzona w lipcu 1990 roku, Jednostka Wojskowa GROM. Polscy „specjalsi” mają dobrą opinię w ekskluzywnym świecie jednostek specjalnych. Komandosi GROM, ze względu na swe wysokie umiejętności, porównywani są z żołnierzami amerykańskich jednostek: Delta Force, SEALs, brytyjskiej SAS. Utrzymują z nimi ożywione kontakty. Miałem zaszczyt niektórych z Nich poznać, nie tylko na zjazdach Rodzin CC.

Za zgodą Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, od prawie półtora roku realizuję, za własne pieniądze, spory projekt digitalizacji (przenoszenia na nośniki cyfrowe) archiwaliów dotyczących Cichociemnych. W projekcie pomaga mi dwóch tegorocznych maturzystów. Przetworzyliśmy na pliki cyfrowe prawie całą zawartość Sali Tradycji JW GROM oraz przekazane Jednostce przez Rodziny Cichociemnych archiwalia dotyczące Ich bliskich. Wkrótce efekt naszej pracy przekażemy dowódcy GROM. Łącznie ponad 4,5 tys. plików o objętości ok. 700 GB. Dzięki temu m.in. powstanie książka oraz internetowe kompendium wiedzy o Cichociemnych.

Współpraca z GROM oraz kontakty z Rodzinami CC dały mi szansę poznania wielu wybitnych Osób. Wśród nich – ostatniego żyjącego Cichociemnego, kpt. Aleksandra Tarnawskiego. Ma obecnie 97 lat, ale trzyma się świetnie, a intelekt wciąż ma ostry jak brzytwa. Miałem też zaszczyt poznania wnuka kpt. Jana Górskiego ps. Chomik oraz córki kpt. Macieja Kalenkiewicza ps. Bóbr. To dzięki tym dwóm kapitanom PSZ, ich uporowi i zaangażowaniu, powstała formacja Cichociemnych. Miałem także zaszczyt poznać prof. Bohdana Górskiego, szwajcarskiego ekonomistę i politologa, doktoranta i współpracownika laureata nagrody Nobla, Fridricha A. von Hayeka. Wśród Rodzin Cichociemnych nierzadkie są tak znaczące konotacje rodzinne.

Tego znaczącego historycznego dorobku nie chce dostrzec PiS. Rok ubiegły Sejm R.P. ogłosił Rokiem Cichociemnych. Rządzący nadal jednak nic nie robią dla wiedzy o Cichociemnych i edukowania o Nich młodzieży. Nie jest normalne, że digitalizację archiwaliów przeprowadzają amatorzy – bo rząd, Urząd ds. Kombatantów, IPN czy minister od dziedzictwa narodowego nie mają zamiaru. Kilka dni temu, podczas Dnia Cichociemnych na warszawskim Ursynowie, ostatni żyjący Cichociemny kpt Aleksander Tarnawski apelował: pamiętajmy o prawdziwych bohaterach – „nie stawiajmy pomników jakimś dupkom”…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
21 maja 2017

Trybunał ludu…

Sąd sądem, ale sprawiedliwość ma być po stronie PiS. Partia rządząca właśnie zorganizowała sobie trybunał ludowy. Stanie przed nim na pewno Hanna Gronkiewicz – Waltz, a być może „cała śmietanka elit III RP”…

Parę dni temu miał 32 urodziny bieżący wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. WiceZiobro w dniu urodzin pochwalił się – „Prezent otrzymałem też dziś od Pani Premier”. Beata Szydło mianowała go przewodniczącym „komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji”. Pan Minister obwieścił – „Zaczniemy teraz rozliczanie mafii reprywatyzacyjnej! (…) w aferę wyłudzania nieruchomości zamieszana jest cała śmietanka elit III RP (…). Ważne grupy starego układu walczą o wszystko – więc nie cofną się przed niczym”. Potem było coś o tym, że dziennikarze zagryzą Pana Ministra, bo przecież kto nie jest z PiS-u, to chce żeby było jak było.

Obecna władza jest tej rangi intelektualnej, że nie ma co Panu Ministrowi wypominać tautologicznej frazy „śmietanka elit”. Zwłaszcza że to on jest głównym celowniczym „komisji weryfikacyjnej”. Jej zadaniem – jak można mniemać – jest zweryfikowanie tej oto niesprawiedliwości dziejowej, że PiS jeszcze nie rządzi wszędzie i wszystkim. Zwłaszcza nie rządzi Warszawą, gdzie na fotelu prezydenta rozsiadła się Hanna Gronkiewicz – Waltz. Komisja ma uprawnienia parasądowe, będzie ścigać kogo, zechce wziąć na celownik. Jeszcze Sejm dobierze przewodniczącemu do komisji 8 prawych i sprawiedliwych. Jak ruszą – zapowiada Jaki – będą ścigać „całą śmietankę elit III RP”.

W 1996 roku niejaki biskup Pieronek, a wraz z nim cały episkopat wpadli publicznie w histerię. Razem z Barbarą Labudą dążyliśmy do powołania w Sejmie R.P. komisji nadzwyczajnej ds. zbadania zgodności z prawem postępowania regulacyjnego. Tą dziwaczną „regulację” wymyślił tow. Rakowski, tuż przed ustrojową zmianą 1989 roku. Zatroskany był, że kościół w Polsce ma ponoć za mało majątku. Pararządowa „komisja majątkowa” zajęła się więc pilnie „zwracaniem mienia” kościołowi.

Ze mnie i z Labudy śmiano się wtedy, że protestujemy przeciwko faworyzowaniu kościoła. Śmiechy ucichły, gdy przypomniano orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, podkreślające że kościelna reprywatyzacja wyprzedziła reprywatyzację adresowaną do obywateli. Chcieliśmy zastąpienia pozasądowego „postępowania regulacyjnego” – postępowaniem sądowym. Ale dopiero po jakimś czasie pokrzywdzeni „zwrotem” kościelnego majątku uzyskali możliwość odwołania do sądu.

Kościół został w Polsce reprywatyzacyjnym faworytem, bo zawsze potrafi stanąć pierwszy w kolejce do państwowej kasy. Zwykli obywatele nie doczekali się zwrotu zabranego mienia, choć minęły dziesiątki lat. Uchwaloną ustawę reprywatyzacyjną zawetował Aleksander Kwaśniewski. Jesteśmy jedynym państwem spośród dawnych „demoludów”, które nie rozwiązało tego problemu. Bez ustawy, o zwrot zagrabionego mienia mogli zatem skutecznie walczyć tylko ci, którzy mieli odpowiednie znajomości.

Okazja czyni złodzieja. W Warszawie, ale przecież nie tylko, na dzikiej reprywatyzacji wykarmiła się mafia reprywatyzacyjna. Biznesmeni i prawnicy przedkładali w sądach lewe pełnomocnictwa spadkobierców. Niektórzy z nich, według dokumentów, mieli mieć po 130 lat! Sędziowie wyrokowali jak na zamówienie, nie zauważając nawet najbardziej oczywistych przekrętów. Czy tylko z naiwności? Jest oczywiste, że skala patologii jest ogromna. Wiadomo także, że są w nią umoczone różne znane persony. I tak szybko nie wyschną.

Prawo i Sprawiedliwość uczyniło ze szczęku zatrzaskiwanych kajdanek muzykę miłą swemu elektoratowi. Aresztowania w blasku telewizyjnych kamer, z braku innych sukcesów, będą dowodem na odnowę moralną. Wszak tej oczekuje Pan Prezes, wskazujący wyraźnie jako cel „gorszy sort” Polaków. Nie mam nic przeciwko zamykaniu przestępców. Podejrzewam jednak, że jak PiS-owi przestępców nie wystarczy, będzie zamykał kogo zechce. Przecież na każdego można coś znaleźć. Usłużne służby Kaczej R.P. nie zawiodą.

Draństwo przestępczej „reprywatyzacji” powinno być ścigane w trybie normalnym dla demokratycznego państwa prawa – przez prokuratury i sądy. Wszyscy prokuratorzy są już podwładnymi Ziobry. Za chwilę uzyska narzędzia sterowania sędziami. Po cóż więc PiS-owi „komisja weryfikacyjna”? To ucieleśnienie pisowskiej „sprawiedliwości” – będzie jednocześnie prokuraturą, sądem i urzędem. W skład komisji wejdą ludzie o nader umownych kwalifikacjach. Przed wydaniem przez nich decyzji „zaopiniuje” je do 9 osób, wybranych przez Ziobrę do „Rady Społecznej”.

Komisja w roli „wymiaru sprawiedliwości” jest Kaczyńskiemu potrzebna, bo będzie całkowicie podporządkowana PiS. Będzie produkować kiełbasę wyborczą na użytek najbliższych wyborów samorządowych i parlamentarnych. Spektakle przed komisją posłużą rządowej propagandzie. Nie będą one tak użyteczne jak te nazistowskich Trybunałów Ludowych (Volksgerichtshof) sądzących za „zdradę stanu”. Ale „komisja weryfikacyjna” jako namiastka trybunału ludu musi rządzącym wystarczyć. Na razie…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
15 maja 2017

Leczenie dżumy cholerą!

Aż 63 proc. Polaków chce reformy wymiaru sprawiedliwości. „Dobra zmiana” Kaczyńskiego będzie w nim bardzo dobra dla PiS – ale zła dla Polski.

Przeciwnych reformowaniu sądownictwa jest zaledwie 17 proc. z nas. Mamy dosyć sądowych patologii: chaosu i biurokracji, przewlekłych rozpraw, fatalnej organizacji pracy, dysproporcji w obciążeniu sądów sprawami, nadmiernego formalizmu, arogancji sędziów. Polacy chcą zmian. Mają dość oczekiwania latami na wyrok.

Na tym właśnie żeruje PiS. W rządowej propagandzie sędziów okrzyknięto już kastą, korporacją. Szykowane „dobre zmiany” zachwalane są jako cudowna recepta na bolączki wymiaru sprawiedliwości. Ich zasadniczy cel to jednak podporządkowanie sądów i sędziów PiS-owskiemu „ministrowi sprawiedliwości”.

Zbigniewa Ziobro nie martwi, że każdego roku najliczniejszą grupą skazanych są młodzi ludzie w wieku 17–21. Dla obecnej władzy to nie problem. Najważniejsze jest przejęcie władzy w sądach. Także błyskawiczne ścieżki awansu w sądach dla PiS-owskich miernot misiewiczopodobnych.

Kacza kamaryla zdobyła już Trybunał Konstytucyjny, dając go we władanie magister Przyłębskiej. Wykręcono tak ostatni bezpiecznik chroniący obywateli. Ziobrowa „reforma” wzięła na cel Krajową Radę Sądownictwa. Zarząd Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa ENCJ uznał, że projekt zmian w KRS „może zaszkodzić niezawisłości sądownictwa w Polsce”.

Jego istotą jest „wygaszenie” kadencji obecnych 15 członków KRS oraz utworzenie w niej dwóch izb. Praktycznym tego skutkiem będzie podporządkowanie sądownictwa partii rządzącej. PiS dąży do zmian w Sądzie Najwyższym. Chce skrócić kadencję I prezesa SN, wymiany prezesów wszystkich 4 izb oraz przewodniczących wydziałów. Manipulując progiem wiekowym przechodzenia w stan spoczynku zamierza wymianę 40 proc. spośród 93 sędziów SN. Niestety, to będzie dopiero początek złych zmian.

PiS zaczął panowanie od połączenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Potem Ziobro „przejął” Krajową Szkołę Sądownictwa. Został szefem wszystkich prokuratorów. Po zbudowaniu PiSokratury, Ziobro tworzy PiSądownictwo. Z początkiem maja został przełożonym dyrektorów sądów. Teraz szykuje się do władztwa nad sędziami.

W Sejmie znajduje się projekt zmian w ustawie o ustroju sądów powszechnych (druk nr 1491). Po uchwaleniu tych zmian, od 1 lipca br. Ziobro przez pół roku będzie mógł wymienić – bez podawania powodu – prezesa każdego sądu powszechnego! Gdyby nie zdążył, to po 31 grudnia 2017 będzie mógł zrobić to samo. Będzie tylko musiał wskazać „niską efektywność pracy sądu”. Dotyczy to większości polskich sądów.

Minister sprawiedliwości będzie mógł także – nawet wbrew woli prezesa sądu – przenieść sędziego do innego wydziału w każdym sądzie w Polsce. Np. sędziego cywilistę do wydziału karnego. To może być nieformalna „kara” dla niepokornych. Ziobrowy prezes będzie mógł sędziemu obciąć o połowę dodatek funkcyjny. Oprócz kija będzie marchewka dla posłusznych prezesów. Minister będzie mógł im dać 150 proc. takiego dodatku.

Szykuje się błyskawiczna ścieżka awansu dla „Misiewiczów” w togach. Zaufany sędzia będzie mógł zostać nawet prezesem sądu wyższego szczebla. Np. sędzia okręgowy – prezesem apelacyjnego. Zgodnie z art. 64 ustawy (druk 1491), prezesem sądu apelacyjnego będzie nawet mógł zostać… prokurator z prokuratury rejonowej!

Od czasu przejęcia władzy w Polsce przez PiS, Ziobro świadomie nie obsadził setek sędziowskich etatów w sądach. Nie zważa na to, że przyczynia się to do narastania zaległości w rozpoznawaniu spraw sądowych. Pytany przez dziennikarzy kilka tygodni temu zaprzeczył, że szykuje te posady dla absolwentów Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Teraz wiadomo – będą dla setek Misiewiczów!

W mojej ocenie widać wyraźnie, że najważniejsze dla rządzącej partii są takie zmiany, które pozwolą na sędziowskie nominacje „po znajomości”. Nie można mieć złudzeń, że będą one motywowane politycznie. Sędzia SN Michał Laskowski mówi wprost – „minister sprawiedliwości proponuje mało zmian, które mają poprawić sprawność w sądach. Zmiany zmierzają do przejęcia w sądach władzy”.

Po rewolucji kadrowej w sądach przyjdzie czas na tsunami organizacyjne. Zamiast trzech szczebli sądownictwa (rejonowy, okręgowy i apelacyjny) będą tylko dwa. Duże sądy okręgowe zostaną podzielone. Sędziowie mają mieć ten sam status, pojawi się także nowa instytucja – sędzia pokoju. Akurat spłaszczenie nadmiernie rozdętej struktury sądownictwa to zmiany pożyteczne. Tyle że po tylu zasadniczych zmianach nawet po przegranych przez PiS wyborach parlamentarnych, niewiele będzie można „odkręcić”.

Wśród nielicznych, naprawdę dobrych zmian, wymienić można chyba tylko losowe przydzielanie spraw oraz system monitoringu obciążenia sędziów pracą. Być może także odrębna Izba Dyscyplinarna w SN, do której trafią sędziowskie sprawy dyscyplinarne.

Niepokoić musi to, że PiS oczekuje wyroków orzekanych pod dyktando władzy. Prof. Karol Modzelewski ostrzega – Polska idzie w kierunku państwa policyjnego. Wyraźnie idziemy w tę stronę. (…) Jest spójny, logiczny plan, od początku przemyślany. Widzę projekty ustawowe, które prowadzą w takim kierunku, żeby władza rządziła długo i szczęśliwie”…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
7 maja 2017

Na barykady, ludu roboczy!

Wciąż aktualna jest konstatacja, że to ludzie pracy najemnej są motorem zmian społecznych. Idea, zgodnie z którą ubodzy mają prawo do odpoczynku, zawsze była szokująca dla bogatych.

Uwaga o prawie do odpoczynku, autorstwa brytyjskiego filozofa, hrabiego Bertranda Russell’a wydaje się być nadzwyczaj aktualna. Coraz silniej przeciwstawiana jest jej wolnorynkowa mitologia. Znana od lat – pracuj więcej, pracuj wydajniej, a tylko wtedy staniesz się bogatszy. Od lat mamiono ludzi pracy fałszywą teorią „skapywania” bogactwa ze szczytu drabiny społecznej w dół. Przekonywano, że jeśli bogaci staną się jeszcze bogatsi, to i tym biedniejszym na społecznym dole coś „skapnie”. Te złudzenia rozwiały dwie fundamentalne prace „Marksa XXI wieku”, czyli wybitnego francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty’ego. W światowym bestsellerze „Kapitał XXI wieku” udowodnił, że prawdziwe jest tylko to twierdzenie – kto ma, temu będzie dane! W „Ekonomii nierówności” wykazał niezbicie, że ubóstwiany przez liberałów model wolnorynkowy ewidentnie zwiększa – drastycznie – nierówności społeczne!

Połowa bogactwa na świecie należy do zaledwie 1 proc. ludzi! Jeszcze trochę i będą mieli wszystkie bogactwa tego świata. Już obecnie są ludzie, którzy w pojedynkę są bogatsi niż niejedno państwo. I wciąż się bogacą, w zastraszającym tempie. Depcząc elementarne zasady przyzwoitości, podstawowe zasady sprawiedliwości społecznej! I to w imię czego? „Świętego prawa własności”? Śmiechu warte! Równie kretyńsko można wywodzić, że cały majątek i bogactwo kościoła rzymskokatolickiego pochodzi z pracy duchownych oraz składek wiernych. A przecież jego źródło to wielowiekowy wyzysk, także grabieże i zbrodnie dokonywane „w imię Boga”. Kasty kapłanów żerują zwykle na tłumach swych metafizycznie oszołomionych wiernych. Nie tylko przecież w katolicyzmie. Taką kastą w kapitalizmie są kapitaliści.

Od Marksowskiej „walki klas” doszliśmy obecnie do rosnącej świadomości nowego zniewolenia już nie proletariatu, lecz prekariatu. Według brytyjskiego ekonomisty Guy Standinga (jednego z liderów idei bezwarunkowego dochodu podstawowego), w jego skład wchodzą ludzie pracujący w ramach „elastycznych form zatrudnienia”. W ogóle rynek pracy stał się nadzwyczaj „elastyczny”. Mamy elastyczność zatrudnienia, takiż czas pracy, elastyczną podaż pracy oraz jeszcze bardziej elastyczne płace. Sztywne i mało plastyczne jest w zasadzie tylko jedno: niechęć pracodawców do zwiększania wynagrodzenia.

Piketty w swej rzetelnie udokumentowanej analizie ekonomicznej obalił mit prywatnej własności, wolnego rynku. Przeanalizował dane ekonomiczno-społeczne z okresu trzech stuleci, dla 50 państw świata. W „Kapitale XXI wieku” dowiódł niezbicie, że dochody z kapitału są zawsze wyższe od wzrostu gospodarczego! Wykazał, że zyski kapitalistów niebotycznie rosną, a pensje ludzi pracy – pomimo wzrostu wydajności – wciąż realnie maleją. Ignacy Sachs, ekonomista polskiego pochodzenia porównał tą rażącą niesprawiedliwość do „kielicha wstydu”. Jego olbrzymia czara jest wyłącznie dla nielicznych bogaczy. Ogromnej społeczności ludzi pracy pozostawiono zaledwie cieniutką nóżkę…

Guy Standing zauważa gorzko, że „obecnie rządy państw przekazują ogromne kwoty najbardziej uprzywilejowanym grupom społecznym – całej branży finansowej. To są miliardy dolarów, które trafiają do ich kieszeni w postaci ulg podatkowych czy luzowania ilościowego”. Mit kariery „od pucybuta do milionera” stał się tak szyderczo niewiarygodny, że głos zabrała nawet… dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Christine Lagarde. Przyznała, że „w zbyt wielu domach biedoty i klasy średniej ludzie widzą, że ciężka praca i determinacja nie wystarczą, by wiodło się im lepiej”. Dodajmy – ludzie pracy są wyzyskiwani bezwzględniej niż w przeszłości i są tego coraz bardziej świadomi. Tyle że „ich” związki zawodowe stały się tłuste i niechętne do walki…

Według najnowszych danych Eurostatu, urzędu statystycznego UE, za godzinę pracy w Polsce płacono w ubiegłym roku przeciętnie 8,6 euro. Średni koszt godziny pracy w UE to aż 25,4 euro. Oto miara wyzysku Polaków! Czy komuś to w UE zauważalnie przeszkadza? Nie widać oznak takiego cywilizowania kapitalizmu. Zamiast służyć obywatelom państw Unii Europejskiej, zwłaszcza tym biedniejszym, zbyt często oraz zbyt chętnie służy ona wielkiemu kapitałowi. To także jeden z istotnych czynników, pogłębiających nierówności społeczne na świecie. Państwa wydają miliardy na broń powszechnego rażenia, lecz skąpią milionów na programy powszechnego zbawienia. Mam tu na myśli projekty polepszające realnie warunki bytowe ludzi na ziemi, a nie opłacanie metafizycznych mitów, przyodzianych w religijny kostium.

Piketty ma dwie propozycje dla chcących wyrównywania nierówności społecznych na naszej planecie. Po pierwsze autentyczna reprezentacja parlamentarna strefy euro. Po drugie, wspólny CIT dla tej strefy. Lecz problem ma charakter globalny, zaś w ONZ oraz UE powtarza się slogany o konieczności reform. Może więc jeszcze lepszym rozwiązaniem byłaby reprezentacja parlamentarna Narodów Zjednoczonych oraz globalny CIT? Wielcy tego świata powinni coś zrobić, zanim ludzie pracy znów ruszą na barykady…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
30 kwietnia 2017

Sułtan Jaro…

W fundamenty zachodniej demokracji uderza z ogromną siłą fala autorytarnego populizmu. Turcja Erdogana właśnie porzuca Europę, o tym samym marzy Jarosław Kaczyński.

Wódz rządzącej partii o kłamliwej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”, czeka w swym „Sulejówku” na Nowogrodzkiej (siedziba PiS – red.) na właściwy moment. Jako nadprezydent, nadmarszałek i nadpremier nie traci czasu na banalne, codzienne rządzenie Polską. Jest wszak „szefem wszystkich szefów”, ojcem chrzestnym ludzi „lepszego sortu”, którzy obsiedli państwowe posady z jego łaski. Kaczyński czeka na ziszczenie się jego marzeń. Ich ucieleśnieniem nie są już Węgry Orbana lecz Turcja. Wzorcem osobowym – turecki premier Recep Tayyip Erdoğan.

Ludwik Dorn, niegdyś „trzeci bliźniak”, ujawniając wewnętrzne relacje w kaczej partii proroczo wskazywał – „władze PiS to sułtan otoczony przez dwór eunuchów”. Sułtan Jaro, jak wiadomo, nieczuły jest na wdzięki damskie, męskie, dziewczęce, chłopięce, nie wspominając o gender. Nie zmieni tego żadna viagra, levitra, cialis. Być może pomógłby korzeń żeń-szenia, ale jak go przyczepić do starczego tułowia? Jarosława podnieca tylko władza. W jego haremie decydentów pełno eunuchów. Pilnują władzy dla swego sułtana.

W Turcji odbyło się właśnie referendum konstytucyjne w sprawie zmiany ustroju z parlamentarnego na prezydencki. Turecka opozycja alarmuje, że nawet 2,5 miliona głosów mogło być zmanipulowanych. Międzynarodowi obserwatorzy z OBWE i Rady Europy wytykają, że nie spełniono elementarnych standardów demokratycznych. Nie ma to jednak realnego znaczenia. Erdoğan już zdobył prawie nieograniczoną władzę! Jest szefem państwa i rządu, może rozwiązać parlament, pociąga za sznurki w sądownictwie. Ma już to, co Kaczyński chciałby mieć. Ma formalnie taką pozycję, jaką Kaczor dopiero buduje, nieformalnie rządząc Polską z tylnego siedzenia.

Analogie pomiędzy PiS a turecką „Partią Sprawiedliwości i Rozwoju” (AKP) to nie przesada. Polska i Turcja są w NATO. Są też niewielkie różnice. Polska jest w UE od 1 maja 2004. Turcja od 1963 ma status „członka stowarzyszonego UE”, od 1987 roku czeka na akces. Po referendum szanse na to gwałtownie zmalały. Władze AKP i PiS są Unii wyraźnie niechętne. Obie definiują się jako „umiarkowanie konserwatywne”. Obie wrzeszczą o „zepsuciu liberalnej demokracji”. Obie mają taką samą receptę: państwowa religia, rządząca moralność. AKP używa islamu, zaś PiS chrześcijaństwa w obrządku smoleńsko-toruńskim.

Turcja porzuca demokratyczne wzorce, kreślone przez Atatürka. Do historii przejdzie jego słynne: „Czasami chcę, by religie znalazły się na dnie morza. Tylko słaby władca potrzebuje religii, by uprawomocnić swe rządy”. Religia wciąż jednak jest impulsem poruszającym jednostki i masy. Choć jest ona złym doradcą w polityce, to przecież religijną energię łatwo zamienić w utopizm. Dlatego despotyzm Erdogana budowany jest właśnie na „wartościach islamskich”. Jako burmistrz Stambułu wrzeszczał na wiecach: „Meczety są naszymi koszarami, minarety są naszymi bagnetami, kopuły (meczetów – RZ) są naszymi hełmami”. Islam ma być fundamentem nowoczesnej, w sporej części totalitarnej Turcji.

Podobną demokraturę – tyle że opartą o lechicką odmianę rzymskiego katolicyzmu – buduje Kaczyński PiSem. AKP oraz PiS są (wraz z brytyjską Partią Konserwatywną) fundamentem partii o nazwie: Sojusz Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (Alliance of European Conservatives and Reformists). Opowiada się ona m.in. za Europą narodów i zmianami w UE. W czerwcu 2014 Kaczyński perorował: „Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja. (…) Ten rodzaj wielkości jest do zdobycia. To wymaga najpierw zmiany władzy, a potem przebudowy polskich elit. I to we wszystkich dziedzinach”…

Lechicki sułtanat Kaczyńskiego to jeszcze tylko wizja wodza PiS. Skończyła się u nas praworządność, choć wciąż tli się demokracja. Wolność słowa jest „tylko” duszona, obezwładniana propagandową sieczką. Trybunał Konstytucyjny „odzyskany” przez PiS, ale sądownictwo dopiero ograniczane, a sędziowie powoli brani pod partyjny but. Przeciwnicy polityczni kaczej partii jeszcze nie siedzą w więzieniach, jeszcze nie wiszą na szubienicach. To na razie tylko słowa prominentów PiS. Ale wyraźnie widać totalitarny charakter szatańskiej natury Kaczyńskiego. Żądza władzy upodobniła go do oszołomionych islamistów. Religię rzymskokatolicką uczynił domeną państwa, wyprzedzając w tym nawet episkopat. Wykreował fantasmagorie wokółsmoleńskie, bujdy o zagrożonym państwie, pic o „Polsce od morza do morza”, nadto agresywny nacjonalizm.

Kaczyński podobnie jak Erdogan serwuje ludowi antyeuropejskość i mocarstwowość. Podobnie jak turecki neosułtan karmi maluczkich baśniami o rozpasanych elitach, wykorzystujących prostych ludzi. Erdogan uruchomił czystki po wykreowanym puczu. Kaczyńskiemu nie uwierzono w bzdurne bajeczki o „puczu opozycji 16 grudnia”. Wciąż więc żywi swą rewolucję paliwem smoleńskim. Czeka. Oby się nie doczekał!

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
23 kwietnia 2017

Dewocyjny idiotyzm…

Tak nazwał sejmową uchwałę w sprawie „objawień fatimskich” dominikanin, o Paweł Gużyński. Kaczyści są jednak bardziej papiescy od papieża. Usilnie przerabiają nasz kraj na przedmurze chrześcijaństwa, zgoła nie europejskie, lecz średniowieczne…

Kilka dni temu władze publicznej szkoły w wielokulturowej berlińskiej dzielnicy Wedding, zakazały nauczycielce noszenia w pracy małego krzyżyka na szyi. Od razu podniosła się katolicka wrzawa. Jednak po stronie szkoły stanęły władze oświatowe landu. Szykują nawet instrukcję dla władz szkół, wyjaśniającą normy obowiązującej tam ustawy o neutralności światopoglądowej. Protestujący „obrońcy krzyżyka” jakoś siedzieli cicho, gdy ta ustawa była podstawą zakazu noszenia przez muzułmanki w szkołach hidżabów (chust na włosy i szyję). Zapewne zgodnie z moralnością Kalego: jak Kalemu ukraść krowy to źle, ale jak Kali kraść krowy to już bardzo dobrze…

Ekspozycja symboliki religijnej zawsze budzi spore kontrowersje. Bo eksponowanie symboli „swojej” wiary w przestrzeni publicznej jest przejawem braku tolerancji. Dla wierzących jest manifestacją mylnego mniemania, że są „lepsi” od innych ludzi. Zapewne tych „gorszego sortu”. Jest narzucaniem innym swego światopoglądu. Nie wiadomo po co wierzącym obnoszenie się z symbolami ich wiary, skoro nie ma ona być na pokaz. Prawdziwie wierzącym wystarcza mały symbol, niezbyt widoczny. Zwykle jednak obserwujemy pewną prawidłowość – im kto bardziej obnosi się z wyznawaną wiarą, tym mniej o niej wie, a już zdecydowanie rzadziej postępuje w myśl jej nakazów. W takim kontekście eksponowanie symboli religijnych można uznać za manifestowanie jakiegoś alibi. Za zewnętrzną osłonę kompleksów oraz poczucia niższej wartości nosiciela.

Berlin jest specyficznym miastem. Prawie 60 proc. jego mieszkańców nie wierzy w jakąkolwiek religię. Największą grupą religijną są ewangelicy (21 proc.), po nich katolicy (ledwo 9 proc.). Muzułmanie to 6 proc. mieszkańców, a 2 proc. to wyznawcy innych religii. W wielowyznaniowym mieście obnoszenie się ze swą religią nie jest dozwolone. Urzędnicy publiczni, także nauczyciele i nauczycielki, mają zakaz noszenia hidżabu, krzyża czy kipy (jarmułki). Ale w 2015 roku niemiecki Trybunał Konstytucyjny uznał całkowity zakaz noszenia chust przez muzułmanki za niezgodny z niemiecką konstytucją. Podobna niejednoznaczność dotyczy też innych symboli. Istnieje bowiem przepis, który zezwala na noszenie symboli religijnych – jeśli są „ozdobne”. Można sobie łamać głowę nad tym, jak np. odróżnić krzyż „ozdobny”, od tego mniej ozdobnego.

Degradacja symboli religijnych do statusu biżuterii powinna obrażać wiernych danej religii. Ale jakoś ani jeden nie zaprotestował. Podobnie było w przypadku orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. w sprawie Lautsi i in. przeciwko Włochom. W listopadzie 2009 ETPCz przytomnie orzekł, że obowiązkowy krzyż w klasach szkolnych oczywiście narusza prawo do wolności sumienia i wyznania. Narusza też nakaz neutralności państwa w sprawach religijno-światopoglądowych (art. 9 Konwencji o Prawach Człowieka). Rząd Włoch, z aprobatą kościoła, popisał się przed Trybunałem osobliwym szpagatem intelektualnym. Twierdził bowiem, że krzyż NIE JEST symbolem wiary, lecz „symbolem odwołującym się do tradycji i wartości Republiki”. Trybunał mu nie wierzył i wydał wyrok słuszny.

Katolicki wrzask jaki się po nim podniósł był tak wielki, że po odwołaniu do Wielkiej Izby 18 marca 2011 zapadło ostateczne rozstrzygnięcie Trybunału Praw Człowieka. Powinno być obrazą dla katolików, jednak jest przez nich dumnie używane jako narzędzie usuwania zakazów publicznego eksponowania krzyża. Wielka Izba ETPCz podtrzymała pogląd, że państwo winno być neutralne światopoglądowo. Podtrzymała pogląd, że krzyż jest symbolem religijnym. Ale dodała dwa nowe „argumenty” mające uzasadniać rewizję tego pierwszego, słusznego wyroku.

Trybunał uznał, że „nie udowodniono, by ekspozycja symbolu religijnego na ścianie sali szkolnej miała wpływ na uczniów”. Katolicy powinni zawyć z oburzenia, bo przecież nie po to wieszają krzyż w centralnym miejscu klasy szkolnej, aby młodzież go olewała, a dorośli twierdzili, że tenże symbol ich wiary nie ma żadnego znaczenia. Trybunał pognębił katolików ostatecznie, wywodząc, że „krucyfiks zawieszony na ścianie jest zasadniczo biernym symbolem (essentially passive symbol)”. Nie można go utożsamiać z efektem wynikającym np. z zachowania nauczyciela czy z udziału w czynnościach religijnych. Zatem, jak można wnioskować z wywodów Wielkiej Izby Trybunału Praw Człowieka, krzyż to zaledwie element dekoracyjny, ozdobny. Ba! Można nawet po tym wyroku uznać, że to tylko element szkolnego wyposażenia…

Przypominam to kluczowe rozstrzygnięcie strasburskiego Trybunału, bowiem Polska jest za sprawą nawiedzonych pisowczyków usilnie przerabiana na katolicką republikę wyznaniową. Im głupszych – tym usilniej. Działają oni na szkodę naszej wolności i naszego państwa. Także na szkodę swej wiary i kościoła, które tracą gdy są „wspierane” państwowym przymusem. Rozumieją to dobrze mądrzejsi duchowni. Nie tylko ten jeden dominikanin, który nadgorliwość radiomaryjnych posłanek nazwał słusznie dewocyjnym idiotyzmem…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
14 kwietnia 2017

My, Naród Polski…

2 kwietnia 1997 roku uchwaliliśmy Konstytucję R.P. Nie jest ona na miarę naszych marzeń, ale jest najlepszą z możliwych. Wtedy w parlamencie jeszcze był dialog…

Miałem zaszczyt być jedną z osób, które uchwaliły Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej. Spotkaliśmy się niedawno, po 20 latach, w Sali Kolumnowej Sejmu R.P., w gronie byłych posłów i senatorów Zgromadzenia Narodowego. Miło było spotkać znajomych i poddać się refleksji konstytucyjnej. Główną jest ta, że gdybyśmy wtedy nie uchwalili Konstytucji – to pewnie do dzisiaj by jej nie było. Parlament kolejnych kadencji był coraz bardziej skłócony i coraz mniej skory do dialogu. A przecież uchwalenie ustawy zasadniczej jest możliwe wyłącznie w drodze dialogu, porozumienia, kompromisów. Tego próżno oczekiwać od obecnej władzy.

Narodowo-katolicki beton smoleńsko-toruński, choć wyciera sobie gębę „suwerenem” – morduje obywatelski dialog, uznaje tylko swój monolog. Celuje w tym jego wódz, Jarosław Kaczyński, który swoje starcze urojenia i obsesje uczynił „programem narodu”. Marzy mu się selekcja obywateli, dyktatura jedynie słusznej partii, Polska o ustroju nacjonalistyczno-teokratycznym. Trupia woń tych prawicowych urojeń kładzie się cieniem na modelu państwa obywatelskiego. Spoza atrap demokracji wyzierają złowrogie oblicza Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobry czy groteskowe facjaty Dudy, Szydło, Waszczykowskiego i innych pajaców tej władzy. Tęsknią za powrotem złotych czasów dla władzy państwowej i kościelnej. Chcą średniowiecza!

Zmurszałe projekty Pisowczyków ignorują największe wyzwania współczesności. Choć wydaje się to niewiarygodne, na świecie tylko w jednej minucie ludzie wysyłają 204 miliony e-maili oraz ok. sto tysięcy tweetów. W tym samym czasie – jednej minuty – odnotowuje się 6 milionów odsłon Facebooka oraz 2 miliony wyszukiwań w Google. W każdej sekundzie na You Tube dodawane są klipy filmowe, których obejrzenie zajęłoby nam aż pięć lat! To miara skoku technologicznego, który dokonał się na świecie dzięki internetowi, który istnieje ledwo 28 lat, od 12 marca 1989 roku.

Elektroniczne społeczeństwo globalne jest narzędziem społeczeństwa otwartego, ułatwia demokrację bezpośrednią. Prawa do internetu jeszcze nie wpisano do żadnej konstytucji, ale jest oczywiste że awansował do jednego z istotnych praw człowieka. Ten elektroniczny instrument poznania i empatii niesie ze sobą także zagrożenia. Głównie za sprawą fanatyzmu religijnego. Ekscesy dżihadystów nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby nie nadmierna uwaga, jaką skupiamy na ich aktach terroru. Realne zagrożenia są inne: amerykańska mocarstwowość, rosyjska ekspansja, chiński nacjonalizm, północnokoreańskie szaleństwo, religijny obłęd, bieda nie tylko Trzeciego Świata.

Co ma do tego konstytucja? To fundament państwa, umożliwia jego funkcjonowanie wśród wyzwań współczesności. Nie ma konstytucji idealnej, dlatego trzeba szanować obowiązującą. Złe regulacje należy zmieniać, ale poprzez dialog i kompromis. Słońce Żoliborza bredzi, że obecna Konstytucja R.P. jest „postkomunistyczna”. Według Kaczyńskiego dobra ustawa zasadnicza to tylko ta napisana przez PiS. A przecież państwo nie jest dla jednego człowieka czy jednej partii! Ono jest dla wszystkich, w tym samym stopniu także dla tych, którzy wzajemnie się nie znoszą! Konstytucyjna mądrość daje władzę większości, ale wymaga szanowania praw mniejszości. Nie zaś dzielenia ludzi na prorządowych oraz „gorszego sortu”…

Partia o kłamliwej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” obiecywała wyborcom odnowę moralną. Kłamała o pokorze i służbie ludziom. Miarą tej „odnowy” jest propaganda w TVPiS oraz morze pisiewiczów, w którym utonęły podstawowe wartości. W Sejmie podczas debaty nad wotum nieufności do rządu, Grzegorz Schetyna trafnie mówił do PiS – Polacy nie mogą już na was patrzeć, a przynajmniej większa ich część. (…) Polacy chcą Polski zdrowej psychicznie. Kosiniak-Kamysz (PSL) wytykał – Choroba nienawiści zatruwa wasze serca i umysły, a wy zatruwacie życie Polakom. Sławomir Neumann (PO) walnął wprost: Jesteście rządem Pinokiów. Codziennie wydłużają wam się nosy. I zachowujecie się tak, jakbyście wszyscy byli wystrugani na jedną modłę. Kłamać rano, kłamać w dzień, kłamać wieczorem, a może ciemny lud to kupi. A na dole w pierwszym rzędzie siedzi wasz mistrz, Gepetto.

Takie poczynania obecnie rządzącej partii są zaledwie wstępem do ustanowienia nacjonalistyczno-katolickiego talibanu. W kaczej konstytucji – do której uchwalenia, mam nadzieję nigdy nie dojdzie – obywatel jest podwładnym państwa. PiS marzy o totalitarnym władaniu wszelkimi aspektami życia Polaków. Nazistowską obsesję ras zastępuje idiotycznym mitem Polski jako mesjasza narodów. Im bardziej osuwającej się w klęcznik, tym usilniej przedstawianą jako „powstającą z kolan”. Wystarczyłoby, aby obecnie rządzący przeczytali ze zrozumieniem pierwsze zdanie preambuły obowiązującej Konstytucji – „W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny…”

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
10 kwietnia 2017

SPISEK KARDYNAŁÓW!

Zawód papieża zawsze był niebezpieczny. Nieodległe są czasy, gdy władców kościoła mordowano trucizną, stryczkiem czy sztyletem. Ale także obecnie przeciwko papieżowi Franciszkowi spiskują hierarchowie z Kurii Rzymskiej…

Bizantyjski luksus, strojność oraz bogactwo od wieków wciąż są powszechne w Kurii Rzymskiej i jej licznych kongregacjach, radach i dykasteriach (urzędy kościelne). Albino Luciani (Jan Paweł I) – podobnie jak obecny papież Franciszek – nie znosił przepychu. Nie chciał noszenia w lektyce. Nawet na mszę inauguracyjną nie założył wysadzanej perłami i drogimi kamieniami papieskiej tiary. Nie chciał jeździć papieską limuzyną – wolał rower. Opierał się naciskom rzymskich kurialistów. Na audiencjach generalnych, mszach i nabożeństwach mówił, co chciał. Nie to, co chciała Kuria.

Po 33 dniach tej opozycji wobec Kurii Rzymskiej zmarł nagle na atak serca. Tej śmierci nigdy nie wyjaśniono. Miał znakomite zdrowie. Przypuszcza się, że podano mu trujący napój z naparstnicy. Powodem były nowe porządki jakie zaprowadzał w Watykanie. Zwłaszcza śledztwo w sprawie straty ćwierć miliarda dolarów. Roztrwonił je watykański bank, tzw. Instytut Dzieł Religijnych (IOR). Arcybiskup Paul Marcinkus, ówczesny prezes IOR (trzecia osoba po papieżu), zwąchał się z masonem Roberto Calvim z Banco Ambrosiano. Razem przez lata prali sterty pieniędzy włoskiej mafii z handlu narkotykami. Wyprowadzili z kościelnego banku setki milionów dolarów.

Lucianiego otruto w 1978 roku w Watykanie. Calviego, zwanego „bankierem Boga” w 1982 roku znaleziono powieszonego pod mostem Blackfriars (Czarnych Mnichów) na Tamizie. Bizantyjski przepych Stolicy Apostolskiej wcale nie zniknął. W 2015 r. opublikowano 2 książki o finansowych sekretach Watykanu. Wyziera z nich finansowe rozpasanie, przepych i szastanie pieniędzmi wiernych. Okazało się m.in., że najmniejsze mieszkanie watykańskiego dostojnika, sekretarza Prefektury Spraw Ekonomicznych ma „zaledwie” 179 m.kw.! Watykańską „normą” są mieszkania kilkusetmetrowe. Prefekt Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich kardynał Leonardo Sandri mieszka na ponad 500 metrach! Kardynał Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady Kultury, ma 366 metrową „kawalerkę”. Słoweński kardynał prezbiter Franc Rodé, z trudem zmieścił swój prywatny dobytek na 409 m. kw.!

Papież Franciszek chciałby ukrócić ekscesy książąt kościoła. Chce reformy Kurii Rzymskiej. Także „ucywilizowania” zmurszałej kościelnej doktryny, jej dostosowania do współczesności. Kruszenie kościelnego betonu rozpoczął powołaniem w kwietniu 2013 ośmiu zaufanych „kardynałów doradców”. Przygotowują zmiany w Konstytucji apostolskiej Pastor Bonus o Kurii Rzymskiej. W kwietniu 2016 ogłosił odważną – dla twardogłowych kontrowersyjną – 325 punktową posynodalną adhortację Amoris Leatitia (Radość Miłości). Papieskie inicjatywy ostro krytykują za Spiżową Bramą. 13 kardynałów wyraziło „zatroskanie możliwą zmianą nauczania” kościoła. Czwórka kardynałów: Carlo Caffarra, Raymond Burke, Walter Brandmüller i Joachim Meisner zarzuciło papieżowi, że adhortacją… „szerzy zamieszanie zarówno wśród wiernych, jak i biskupów oraz księży”.

Antypapiescy kardynałowie coraz śmielej atakują Franciszka. W październiku 2015 roku rozgłaszali, że ma nowotwór mózgu. Zdementował to rzecznik Watykanu. Od stycznia 2017, że za wybór Franciszka odpowiada… amerykański Departament Stanu i CIA. Amerykanie mieli zmusić papieża Benedykta XVI do abdykacji w ramach tajnego planu „katolickiej wiosny”. Zaś papież Franciszek miał zostać „nowym przywódcą światowej lewicy”.

Narasta konflikt pomiędzy „betonem” w Kurii Rzymskiej a Franciszkiem. W lutym tego roku w Rzymie rozlepiono plakaty z papieżem o posępnym obliczu i słowami krytyki: „Ej, Franek! Wprowadziłeś zarząd komisaryczny w kongregacjach, usunąłeś księży, sprawiłeś, że poleciały głowy w Zakonie Kawalerów Maltańskich i u franciszkanów Niepokalanej, zignorowałeś kardynałów. Gdzie jest twoje miłosierdzie?”. Kilka dni potem do kościelnych dostojników rozesłano pocztą elektroniczną fałszywy numer watykańskiej gazety „L’Osservatore Romano”. W nim papież miał odpowiedzieć na krytykę adhortacji Amoris Leatitia.

Włoska policja prowadzi śledztwo w sprawie plakatów. Po wykorzystaniu wizerunku Franciszka, 22 lutego br. Stolica Apostolska zakomunikowała, że Sekretariat Stanu będzie nadzorować wykorzystanie wizerunku papieża. Nieuprawnione użycie będzie ścigane. Konflikt pomiędzy obecnym papieżem a konserwatywnymi kardynałami Kurii Rzymskiej przybiera na sile. Coraz częściej pisze o nim światowa prasa. Niedawno brytyjski The Guardian opublikował artykuł pt. „Furia kurii”. Dziennikarze nie maja złudzeń – toczy się gra o przyszłość kościoła, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Gdy włoscy dziennikarze zapytali papieża Franciszka, czy nie obawia się śmierci ze strony swych kurialistów odparł krótko. Nie boi się – ale ma jedną, jedyną prośbę. Żeby nie bolało…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
3 kwietnia 2017

Kłamstwo niezłomne…

Fałszowanie historii z politycznej czy jakiejkolwiek innej motywacji wciąż nie jest rzadkością. Niestety nie brak przykładów wciągania na cokoły pomników postaci, którymi nie należy się chlubić.

Kierownictwo Instytutu Pamięci Narodowej „utraciło zaufanie” do swego historyka, Macieja Sobieraja. „Zaproponowało” mu odejście z pracy „za porozumieniem stron”. Za to, że sprzeciwił się nadaniu ulicy w Lublinie imienia cichociemnego, Zub-Zdanowicza ps. Ząb. Taką „dekomunizację” forsował prezes tamtejszego oddziału „Związku Narodowych Sił Zbrojnych”. Czyli jeden z faworytów obecnej władzy. Historyk zwrócił uwagę, że ów „bohater” NSZ był… dezerterem! Skoczył do Polski z rozkazem służby w Armii Krajowej, lecz wbrew rozkazowi przyłączył się do tej części NSZ, która odmówiła przyłączenia do AK. Pomysł honorowania dezertera należy zatem uznać za chybiony.

Ale dyrektor lubelskiego IPN chce wyrzucić historyka z pracy! Wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz napisał do prezesa Instytutu – „Obecne kierownictwo IPN idzie w bardzo złą stronę”. List protestacyjny w obronie historyka podpisało już ponad 150 osobistości: naukowców, intelektualistów, byłych opozycjonistów. „(…) ingerencja w wolność wypowiedzi naukowca jest niedopuszczalna. Nie do przyjęcia są zarówno podawane powody zwolnienia („utrata zaufania kierownictwa”) jak i działania formalne podjęte wobec p. Sobieraja przez jego zwierzchników. Próba cenzurowania wypowiedzi naukowca narusza wartość podstawową jaką jest autonomia nauki. Wszystko to przypomina najgorsze praktyki z okresu PRL”

Zakłamywanie historii dla politycznego interesu to nie jest „wynalazek” państwa PiS. Orwellowskie „Ministerstwo Prawdy”, nieustannie fałszujące historyczne fakty na użytek „Proli”, okazuje się mieć swoją siedzibę w wielu miejscach. Nie zaczęło się bynajmniej od kłamstwa katyńskiego, obarczającego odpowiedzialnością za zbrodnię Niemców. Ani od kłamstwa oświęcimskiego, negującego holokaust. „Polskie obozy zagłady” to tylko jedna z wielu inicjatyw wybielających rzeczywistych zbrodniarzy. Ale kłamstwom zasadniczym, fundamentalnym towarzyszy morze kłamstewek. O ile na te zasadnicze mało kto da się nabrać, to te pomniejsze wychwycić mogą niekiedy tylko znawcy tematu. Zwłaszcza historycy dążący do ustalenia prawdy obiektywnej, a nie do budowania propagandowych teorii. W państwie PiS rzetelnych historyków czekają jednak zwolnienia.

W artykule „Jak kłamie IPN” (FiM 1/2016) opisano jak Sąd Apelacyjny w Katowicach zdemaskował jedno kłamstwo z IPN-owskiej „Encyklopedii Solidarności”. W latach PRL byłem działaczem opozycji, wydawałem nielegalne wówczas pismo „Bajtel”. Było wówczas bodaj największym „podziemnym” czasopismem młodzieżowym. Choć redagowałem go w pojedynkę, pseudo-historycy z IPN… dopisali mi do jego redakcji kilka osób. Także działaczy opozycji, który jednak byli tylko kolporterami „Bajtla” (patrz: nielegalnybajtel.pl). Trzeba było długotrwałego procesu sądowego, aby ustalić prawdę. IPN długo twierdził, że takie są wyniki „opublikowanych badań naukowych”. Tyle że te „badania” to była notatka jednej z dopisanych do redakcji osób… o niej samej! Podobna „rzetelność” badań naukowych wydaje się cechować także niektóre inne oddziały Instytutu Prawdy Nakazanej. Wkrótce opublikowane zostaną zapewne „badania naukowe”, potwierdzające że z PRL-owskim ustrojem walczył tylko Lech Kaczyński oraz Jarek z kotem…

Obchodzony nie tak dawno Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” był dobrą okazją do przypomnienia, że wśród bohaterów byli także bandyci, bestialsko mordujący ludność cywilną. Według szacunków historyków, mają na sumieniu ponad 5 tys. ofiar, w tym kilkaset dzieci. Niektóre zbrodnie gloryfikowanego Romualda Rajsa ps. Bury, nawet historycy IPN kwalifikują jako ludobójstwo. Trzeba zatem rzetelności oraz pokory, aby zgodnie z prawdą upowszechniać historię. Prawda jest mordowana, gdy historię traktuje się instrumentalnie, zwłaszcza dla państwowej propagandy.

Tak się składa, że jestem wnukiem Cichociemnego, por. Józefa Zająca, ps. Kolanko, Rozdzielacz, Zawór. Mam oczywiście ogromny szacunek dla swojego Dziadka, który walczył m.in. w Powstaniu Warszawskim. Cichociemni – 316 komandosów Polskich Sił Zbrojnych, desantowanych do okupowanej Polski – byli elitą polskiej dywersji. Najlepszymi z najlepszych. Ale zgłębiając ich historię natrafiłem na kilka przypadków wątpliwych „bohaterów”. Cichociemny Zbigniew Piasecki, ps. Orlik, Topór, instruktor dywersji, miał dołączyć do Zgrupowania Ponurego. 13 czerwca 1943 roku wraz z 4 bojówkarzami napadł na 3 byłych policjantów żydowskich, uciekających do Szwajcarii z kosztownościami zrabowanymi w warszawskim getcie. Wojskowy Sąd Specjalny AK skazał go za rabunek na karę śmierci. Zanim wyrok wykonano, prawdopodobnie zginął w obozie koncentracyjnym Mitelbau-Dora. Jeszcze jeden dowód na to, że historia ma różne oblicza, a nie każde z nich ma wymiar pomnikowy…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
27 marca 2017

Wróg u bram!

Społeczeństwo obywatelskie w Polsce wciąż jest rachityczne i jeszcze słabnie. Władza reaguje nowymi mechanizmami „wsparcia”. Wygląda więc na to, że społeczeństwo otwarte mają budować jego wrogowie.

Francuski filozof Henri Bergson wprowadził do debaty publicznej pojęcie „społeczeństwa otwartego”. Jego fundamentem są prawa człowieka, wolność stowarzyszeń, przejrzystość działań władzy, stanowienia prawa, dostęp do informacji publicznej. Austriacki filozof Karl Raimund Popper wzbogacił to pojęcie definicją odwołującą się do sposobu wymiany elit politycznych. W społeczeństwie otwartym władza zmienia się pokojowo, bez rozlewu krwi. W społeczeństwie zamkniętym władza ustanawia się wskutek zamachu stanu czy rewolucji.

Upraszczając można powiedzieć, że społeczeństwo otwarte typowe jest dla ustroju demokratycznego, zaś zamknięte – dla totalitaryzmów i dyktatur. Dychotomiczny podział społeczeństw nie odzwierciedla rzecz jasna pełnej złożoności realiów społecznych. Pomiędzy pełną demokracją a dyktaturą istnieje mnóstwo form pośrednich. Istnieją nawet hybrydy w rodzaju demokratury, mające po części cechy obu tych typów społeczeństw.

Pewnie niektórzy z nas się oburzą, ale Polska nigdy nie była państwem w pełni demokratycznym. Nawet wtedy, gdy nie rządził jeszcze Jarosław Kaczyński i jego kamaryla. Tygodnik „The Economist” opracowuje tzw. wskaźnik demokracji, będący sumą kwalifikacji w 60 kwestiach. Pogrupowano je w 5 kluczowych kategorii: wybory i pluralizm, swobody obywatelskie, funkcjonowanie administracji państwowej, partycypacja publiczna, kultura polityczna. Wskaźnik definiuje stan „demokratyzacji” 167 państw świata.

Według tych kryteriów, w 2016 roku jedynie 25 państw, czyli niespełna 15 proc. można było zaliczyć do w pełni demokratycznych. W 54 państwach (32,3 proc.) mieliśmy demokracje wadliwe, a w 37 (22,5 proc.) hybrydy quasi demokratyczne. Do autorytarnych zaliczono aż 51 państw (30,5 proc.). W 2012 roku Polska klasyfikowana była wśród 167 państw na 44 miejscu, jako demokracja wadliwa, czyli niepełna. Po zwycięstwie wyborczym „dobrej zmiany” osuwamy się do grona quasi demokratycznych hybryd. Wskaźnik Demokracji 2016 spycha nas na 52 miejsce. Do osobliwego ustroju który można nazwać „kaczystanem demokraturalnym”. Czegoś w rodzaju przedsionka do kato-narodowej dyktatury.

Jego istotą nie jest nieskrępowany wybór wolnego i świadomego społeczeństwa, lecz wola szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, który uzurpuje sobie monopol na tłumaczenie woli „suwerena”. Uznał siebie za jedynego uprawnionego „tłumacza” woli społecznej. Ale nie tylko – jest także wyrocznią przesądzającą, kogo w ogóle można uważać za członka społeczeństwa, mogącego (choćby tylko w teorii) artykułować swe zdanie. Wiadomo powszechnie, że „elementy animalne”, „ci którzy stoją tam gdzie ZOMO”, a zwłaszcza „gorszy sort” – to nie są Polacy, których zdanie władza powinna choćby zauważać. Zwłaszcza że ostatnio zarysowało się bardziej wyraziste, złowrogie kryterium nowego podziału społecznego: na panów i chamów. Pańska władza PiS może traktować (do czasu) po ludzku społeczeństwo chamów. Ale cham winien mieć świadomość, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, zaś kaprys władzy ważniejszy od konstytucji czy jakichś ustaw.

„Instytucje społeczeństwa obywatelskiego w Polsce – jak wskazują liczne badania porównawcze – mają charakter enklawowy i są jednymi z najsłabszych i relatywnie najmniej licznych w Europie. W naszym życiu publicznym odgrywają rolę marginalną. Także wskaźniki partycypacji obywatelskiej i kapitału społecznego są na szarym końcu statystyk europejskich. Większość prodemokratycznych i aktywizujących funkcji sektora obywatelskiego, szczególnie jego funkcja kontrolna wobec władzy, partycypacja obywatelska w procesach podejmowania decyzji politycznych czy funkcja ekspercka, jest bardzo osłabiona”. To wstęp dość obszernego uzasadnienia projektu ustawy „o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego”. Tekst tego projektu oraz zgłoszone opinie można przeczytać na stronie legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12293252

Diagnoza sytuacji jest trafna. W wolontariat angażuje się w Polsce trzykrotnie mniej osób niż np. w Wielkiej Brytanii. Od 2008 roku liczba członków polskich stowarzyszeń spadła o mniej więcej jedną czwartą. Ponad 70 proc, organizacji pozarządowych nie ma żadnych środków na swoja działalność. 1/3 z nich ma budżet roczny na poziomie niespełna dwóch średnich miesięcznych pensji. Trafna jest także konstatacja – „istnieje pilna potrzeba wzmocnienia instytucjonalnego rozwoju społeczeństwa obywatelskiego”. Problem jednak w tym, że obecna władza chce tak „wzmacniać”, że w istocie społeczeństwo obywatelskie osłabi.

Kręgosłupem projektu ustawy nie jest troska o organizacje pozarządowe. Jej celem jest centralizacja wszelkich działań państwa w tej sferze, przejęcie kontroli nad strumieniem publicznych pieniędzy. Rada będzie podlegała bezpośrednio szefowi rządu. W jej składzie będzie zaledwie 2 przedstawicieli organizacji pozarządowych. Parlament nie będzie miał żadnego. Cele na które pójdą pieniądze wyznaczy władza. To ona będzie decydować o wszystkim. Trafniej więc będzie od razu nazwać nowy organ „Narodowym Centrum Rozwoju Organizacji Wskazanych przez Prezesa”…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
20 marca 2017

Glejak wiary

Psychologia religii szuka psychoanalitycznych, behawioralnych, kognitywnych ewolucyjnych czy kulturowych przyczyn fenomenu ludzkich wierzeń. Niedawno neuropsycholodzy odkryli jeden z powodów – uszkodzenie mózgu…

To nie żart ani propaganda, tylko naukowo potwierdzona hipoteza. Specjalistyczne czasopismo „Neurocase” opublikowało pod koniec lutego br. opis przypadku 60-letniej Hiszpanki z Murcii. Ku zdumieniu rodziny w ciągu zaledwie dwóch miesięcy stała się bardzo religijna. Nieustannie czytała biblię, godzinami recytowała litanie. Twierdziła, że doznaje objawień, podczas których rozmawia z Maryją Dziewicą. Bliscy początkowo przypuszczali, że to skutek opiekowania się śmiertelnie chorym członkiem rodziny. Gdy religijny fanatyzm wzrastał, wysłali mistyczkę do lekarza.

Przytomny medyk zaordynował rezonans magnetyczny mózgu. Wykryto nowotwór – glejaka wielopostaciowego, czyli rodzaj agresywnego guza mózgu. Pacjentkę skierowano na chemio- i radioterapię, dostała również leki psychotropowe. Po pięciu tygodniach leczenia utraciła maryjne wizje, także zainteresowanie jakąkolwiek wiarą. Nie udało się jej uratować, guz był złośliwy i zbyt wielki. Ale umarła tak jak żyła, czyli jako niewierząca.

Hiszpański przypadek pokazuje, że przynajmniej jedna z przyczyn wiary może mieć charakter całkowicie naturalny i zrozumiały. W tym przypadku było nią uszkodzenie mózgu. Nie tak dawno również w Polsce mieliśmy przypadek Tomasza Kality, byłego rzecznika SLD. Mówił przed śmiercią: „Przez raka stałem się bardziej religijny, modlę się”. To swoje wzmożone zainteresowanie religią tłumaczył także słuchaniem radia Maryja. „Ludzie mogą kogoś posłuchać, mogą się wspólnie pomodlić, nie są sami, opuszczeni” – podkreślał. Poczucie wspólnoty dodaje sił w chorobie. U Tomasza Kality zdiagnozowano także glejaka mózgu. Czy to była przyczyna jego religijności w ostatnich dniach życia? Tego nie wiemy, ale hiszpański przypadek budzi analogie.

Zjawisko religijności niewątpliwie jest bardzo złożone. Składają się na nie elementy transcendentne, ponoć ponadnaturalne, ale także te „zwykłe”, dostępne ludzkiemu poznaniu. Odkładając na bok pytanie o istnienie jakiegoś „boga”, warto spytać – dlaczego jego domniemane istnienie jest ważne dla wielu ludzi? Oczywiście mając przy tym świadomość, że nawet deklarowana wiara w „boga” nie przeszkadza „wiernym” postępować zupełnie inaczej niż „On” ponoć sobie życzy. Dotyczy to zwłaszcza kasty kapłańskiej, która z wiary innych ludzi uczyniła dla siebie zyskowny interes.

Warto zauważyć, że gdyby odrzucić psychologiczne motywacje „wiernych” – religia nie miałaby szans istnienia. Podstawowa odpowiedź na pytanie o genezę religii jest więc taka, że powstała oraz istnieje, bo odpowiada na psychologiczne potrzeby ludzi. Według różnych szacunków na naszej planecie istnieje od 4,2 tys. do ok. 10 tys. religii. Według danych z 2012 roku (Global Index of Religiosity and Atheizm) wierzy w nie wszystkie ok. 59 proc. ludzi na Ziemi.

Niemiecki filozof, socjolog, psycholog i psychoanalityk Erich Fromm w „Szkicach z psychologii religii” zauważał, że religia „dostarcza jednostce układu odniesienia i przedmiotu czci, których potrzeba stanowi pierwotne wyposażenie psychiki ludzkiej”. Sławny amerykański pisarz i filozof Robert Pirsig prześmiewczo podkreślał – „Jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia nazywamy to szaleństwem. Jeżeli wiele osób cierpi na to samo urojenie nazywamy to religią.” Twórca psychoanalizy Sigmund Freud uważał że „religia to nerwica natręctw”. Czyli przejaw psychicznych zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Patrząc na czołowych polskich religiantów nie można mu odmówić racji.

W pewnym sensie każda religia jest dążeniem człowieka do samodoskonalenia się. Obiekty kultu, religijne rytuały pełnią rolę „wzorców” oraz „narzędzi” mających pomóc w tej transformacji do lepszego „ja”. Nadzwyczaj często to alibi usprawiedliwiające wszelkie nieprawości. Przecież „jesteśmy tylko ludźmi”… Albo: „kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Wspólnotowość popełniania draństw, podszytych religijną deklaracją, ma prowadzić najkrótszą drogą do wiecznego zbawienia. Choć np. w chrześcijaństwie znana jest fraza o „grobach pobielanych”, jakoś nikt spośród gorliwych na pokaz katolików nie chce zauważyć, że jest nosicielem tego plugastwa.

Według Feuerbacha, to człowiek „stworzył boga” na swoje własne podobieństwo. Jest on idealistyczną projekcją zbioru rozdętych do nieskończoności ludzkich cech. Nasze abstrakty stały się bytem samoistnym, wpływają na myśli, uczucia, rzadziej uczynki. Są także rodzajem naszego sposobu poznawania rzeczywistości (zwłaszcza tej niezrozumiałej). Wreszcie te abstrakty przybierające postać religii dosyć często kompensują ludziom ich własny brak sukcesów. Teraz cierpią, ale przecież czeka na nich raj. Po śmierci, więc reklamacji brak.

Postawa wobec jakiejkolwiek religii ściśle jest zależna od poziomu intelektualnego konkretnej osoby. Im kto głupszy, tym chętniej i silniej wierzy. Wiara jest odpowiedzią na jego niewiedzę. Widać tą zależność dobrze zwłaszcza na przestrzeni dziejów. Czy dziś ktokolwiek obawia się np. piorunochronu? Kiedyś pioruny były „karą za grzeszne życie”. Gdy Franklin Divis czy Watson instalowali pierwsze piorunochrony, kościół nazywał je „żerdzią Szatana”. Do wiary niepotrzebny był glejak mózgu. Wystarczyła zwykła głupota…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
12 marca 2017

O świecką Polskę

Neutralność światopoglądowa państwa to gwarancja obywatelskich wolności. Daje pewność że obywatele nie będą przymuszani do ideowej czy finansowej podległości jakiejkolwiek religii. W Polsce wciąż musimy o nią walczyć!

Moja walka o Polskę neutralną światopoglądowo rozpoczęła się w 1993 roku, kiedy wybrano mnie posłem. Z kolegami z SLD powołaliśmy Parlamentarny Zespół ds. Wolności Światopoglądowej. Krytykował nas episkopat. Sprzeciwialiśmy się bowiem stawianiu krzyża nad godłem, kościelnego prawa kanonicznego nad prawem państwowym, władzy watykańskiej nad Polską. Uchodziliśmy wtedy za „oszołomów”. Czas pokazał, że gdyby nas posłuchano i zainstalowano „bezpieczniki” neutralności światopoglądowej, Polska nie mogłaby być tak silnie klerykalizowana jak obecnie.

Jedną z pierwszych interpelacji wniosłem w sprawie Funduszu Kościelnego. Miał być tymczasowy, a wciąż istnieje, choć dawno spełnił swoją rolę. Wytykałem że 15 stacji Rydzykowego radyjka „Maryja” nadawało swój program w paśmie OIRT, niezgodnie z umową. Nie płaciło za korzystanie z częstotliwości. Potwierdziła to kontrola NIK. Wytykałem premierowi Pawlakowi, że kościelne osoby prawne Grzegorz Kołodko (SLD) zwolnił z podatku dochodowego.

Stoczyłem batalię o tzw. dary kultowe. Podmioty kościelne zwolniono z opłat celnych, co ruszyło lawinę. „Przedmiotami kultu” stały się samochody masowo importowane z Zachodu. Po kilkadziesiąt na jedną parafię! Prawie tysiąc w kilka miesięcy! Bezczelni księża chcieli importu… 9 ton benzyny czy np. 300 anten satelitarnych. Niezwykle im potrzebnych do podtrzymywania wiary. Pod koniec 1994 roku, razem ze mną ponad 60 posłów SLD interweniowało u Rzecznika Praw Obywatelskich. Dopiero liczne publikacje prasowe położyły kres temu okradaniu państwa przez duchownych.

Do dzisiaj nie udało się nikomu dotrzeć do treści protokołów tzw. Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. To tam właśnie kościelni biznesmeni załatwiają swoje interesy. Choć w demokratycznym państwie prawa żadna publiczna instytucja nie może być wyłączona spod kontroli parlamentu i opinii publicznej – ta wciąż jest tajna. Przez długi czas nie można było ustalić kosztów utrzymywania rzeszy tzw. kapelanów w rozmaitych publicznych instytucjach. Do dzisiaj nie wiadomo ile państwo i samorządy dają kasy kościołowi.

Wraz z Basią Labudą domagaliśmy się powołania komisji śledczej. Miała zbadać legalność przekazywania mienia ogromnej wartości podmiotom kościelnym. Państwo było okradane przez tzw. Komisję Majątkową. W jej składzie większość mieli ludzie episkopatu. Książęta i dygnitarze kościoła żądali „zwrotu” mienia, który należał do watykańskiej mafii w… XIII czy XIV wieku! Częstochowski klasztor na Jasnej Górze „odzyskał” działkę z parkingami, pokazując dokument podpisany przez Władysława Jagiełłę z 1392 roku! Wobec ogromu tak bezczelnej chciwości, wniosek w sprawie komisji śledczej poparli nawet posłowie PSL oraz Unii Wolności.

To skandal, że wciąż nie rozwiązano problemu reprywatyzacji w Polsce. Był wyjątek – kościół „zreprywatyzował” sobie co chciał. Według moich danych „odzyskał” ponad 50 tys. hektarów gruntów. Ogromna ilość „zwrotów” mienia dotyczyła gruntów i budynków samorządowych. Gminy usiłowały się bronić w sądach, ale rzadko kiedy skutecznie. Dopiero po latach okazało się, że mieliśmy z Basią Labudą rację. Cała ta „komisja majątkowa” była bezprawna, jej działalność niezgodna z Konstytucją R.P.

Głośno mówiłem „konkordatowi – NIE!. W 1996 kościołom i związkom wyznaniowym w Polsce zaproponowałem wprowadzenie podatku kościelnego. Wciąż chcę jawności finansowania. Aby państwo dawało kościołom tylko tyle, ile zadysponują obywatele, czyli podatnicy. I ani grosza więcej! Publiczne pieniądze nie mogą być rzucane na tacę w ukryciu, bo jakiś urzędnik jest wiernym kościoła! Podatek kościelny od lat funkcjonuje z powodzeniem w Niemczech.

Na 120 zapytanych o podatek kościelny, odparło 29 szefów kościołów i związków wyznaniowych w Polsce. Wielu było zdecydowanie „za”, większość popierała rozdział kościoła od państwa. Zdecydowanie przeciw był jeden – kościół rzymskokatolicki. Wszystkie odpowiedzi przekazałem wówczas do kancelarii premiera. Szydło czekająca tam na polecenia Prezesa Pana, może je z nudów poczytać. Najbardziej ucieszyła mnie odpowiedź Kościoła Chrześcijan R.P. – „Pieniądz ma to do siebie, że nikt mając go nie powie, że ma dość (…) Jeśli Panu Posłowi zależy na Kościele, to proszę materialnie nic dla niego nie robić, niech ze swymi problemami sam się upora lub prosi Boga…”

W 2001 r. na seminarium popularnonaukowym w Łodzi, wygłosiłem wykład pt. „Czy Polska jest państwem wyznaniowym”. Zaraz po nim Romek Kotliński zaproponował mi współpracę z „Faktami i Mitami”. Wkładu naszego tygodnika w budowanie Polski otwartej światopoglądowo nie sposób przecenić. Robiliśmy to odważnie wtedy, gdy inni milczeli. M.in. w 2001 roku ujawniłem w „FiM” seksualne wyczyny arcybiskupa Paetza. „Fakty i Mity” także obecnie są niezwykle pożyteczne dla polskiej demokracji. Niestety, wciąż aktualna jest konstatacja – twierdzenie, że Polska nie jest państwem wyznaniowym należy uznać za półprawdę. Zaś półprawda jest całym kłamstwem.

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
6 marca 2017

Rozum wykarczowany

Od solennych obietnic służenia ludziom i zachowania pokory PiS dotarł do pogardy dla „drugiego sortu” i kreowania nowej rasy panów. Hipokryzja partyjno – kościelnej odnowy moralnej prowadzi prosto na śmietnik historii…

Możliwe, że cała Ziemia to jakieś zoo, oglądane przez hiperinteligentną cywilizację z kosmosu. Taki pogląd miał wyrazić jeden z amerykańskich astrofizyków. Jeśli tak, to w tym globalnym zoo Polska musi być postrzegana jako jakaś kotlina dinozaurów. Partyjny woluntaryzm serwowany społeczeństwu przez „Prawo i Sprawiedliwość” był już bowiem obecny w polskiej rzeczywistości dziesiątki lat temu. Wtedy nazywał się kierowniczą rolą PZPR – jedynie słusznej wówczas partii. Historia zatoczyła koło i powróciła ze zdwojoną, może nawet potrojoną siłą głupoty.

Poziom arogancji, pychy i hipokryzji obecnej władzy sięgnął Himalajów i jeszcze rośnie. Kaczyński szczekający na PZPR, wyklinający PRL, zachowuje się gorzej od ówczesnych partyjnych kacyków. Gdyby zachował odpowiedni stopień roztropności i pokory, także z czasów PRL mógłby wyciągnąć społecznie użyteczne wnioski. Od każdego można się przecież czegoś nauczyć i z każdej sytuacji wyciągnąć wnioski, jeśli tylko ma się otwarty i sprawny umysł. Nie jest to możliwe, gdy na oczy zakłada się ideologiczne klapki, zaś synapsy w mózgu blokują religijne zastawki.

Otaczająca nas w Polsce rzeczywistość rzeczywiście coraz bardziej nas otacza. Dzieje się tak nie tylko w imię jedynie słusznej narodowej wizji, ale także w imię jedynie słusznej wiary. Narodowy katolicyzm a’la PiS bardzo niewiele ma wspólnego z autentycznym, pro obywatelskim patriotyzmem i jeszcze mniej z prawdziwą wiarą. Fundamentalnym celem wiary jest przecież biblijny pokój, poszukiwanie harmonii ze światem, innymi ludźmi, przyrodą. PiS-owscy faryzeusze na każdej mszy gorliwie modlą się: Baranku Boży, (..) obdarz nas pokojem. Przekazują sobie „znak pokoju”. Po czym – wbrew własnej wierze – sieją społeczne waśnie, konflikty, manifestują wobec innych pogardę. Chrześcijańska miłość bliźniego w ich życiu pełni taką samą rolę jak klamry pasów hitlerowskich żołnierzy z napisem „Gott mit uns” („Bóg z nami”) – ma usprawiedliwiać nieprawość i niesprawiedliwość. Ma karmić ich pychę.

Samuel P. Huntington w jednym ze swych esejów „Przyszłość demokracji” trafnie wskazał klasyczny, angielski model demokratyzacji kraju. Wyraża się on stopniowym przejściem od praw obywatelskich do politycznych i społecznych, zwiększeniem roli parlamentaryzmu. Nietrudno dostrzec, że PiS prowadzi Polskę w przeciwnym kierunku. Pokrzykuje przy tym, że realizuje wolę suwerena (którą tylko ta partia rzekomo potrafi odczytać) – jakby kiedykolwiek jakikolwiek polski wyborca wybrał autorytaryzm, opowiadając się przeciwko demokracji.

Pisowski narodowy katolicyzm ma wiele cech wspólnych z narodowym socjalizmem Hitlera, choć przybiera początkowo aksamitną formę demokratury. Metacechy faszyzmu trafnie zidentyfikował Umberto Eco, wskazując jego 14 podstawowych cech (patrz FiM nr 47/2016). Bez wątpienia w praktyce działania i narracji obecnej władzy mamy przecież wszechogarniający kult tradycji, irracjonalizm, różnicę zdań klasyfikowaną jako zdradę, strach przed „obcymi”, obsesję spisku, pogardę, populizm, nowomowę. Komunizm karmił się obsesją walki klas, nazizm obłędną ideą walki ras. Kaczyński polski narodowy katolicyzm żywi antyeuropejskością zmieszaną z rusofobią. W tle oczywiście resentyment do „kondominium rosyjsko-niemieckiego w Polsce”.

Gdyby głupota potrafiła latać, nosiciele tych wszystkich pisowskich bredni zabiliby się w impetem waląc w sufit. Problem w tym, że nowa rasa panów dzierży stery władzy w Polsce. Ma już prawie wpływ na niemalże wszystkie aspekty naszego życia. Tłamsi wolność wszędzie tam, gdzie dotarła już „dobra zmiana”. Kaczyński uważa, że pozjadał wszystkie rozumy świata i okolic. Rządząca formacja jest gotowa na coś w rodzaju dialogu tylko z tymi, którzy posłuchają jej wezwania: klękajcie narody! Im bardziej bredzą, tym bardziej są przekonani o słuszności swych bredni.

„Mądrość” Jarosława Kaczyńskiego dobrze ilustruje przypadek skazanego za oszustwo Zbigniewa D. z Zakładu Karnego w Garbalinie. W grudniu ub. roku napisał do Prezesa list z prośbą o przeniesienie do innego więzienia. Skłamał, że chce lepszego kontaktu z rodziną i córkami. Prezes bezmyślnie podjął interwencję, snując wywody o „ważnych względach rodzinnych”. Bredził, że „żona skazanego źle znosi rozłąkę”. Usłużni funkcjonariusze Służby Więziennej nadgorliwie wykonali sugestię Pana Prezesa. Więźnia przeniesiono gdzie chciał. W lutym okazało się, że nie było do tego podstawy prawnej, zaś żona i córki nigdy oszusta nie odwiedzały i odwiedzać nie mają zamiaru.

„Mądrość” PiS doskonale ilustrują skutki uchwalonej 16 grudnia w Sali Kolumnowej Sejmu kuriozalnej „ustawy o ochronie przyrody” zezwalającej na masową wycinkę drzew. Kaczyński nie chce dostrzec głupoty swojej i własnej formacji, bredzi coś o spisku lobbystów. Nie widzi, że to skutek przepychania ustaw kolanem przez Sejm w jedną noc, braku konsultacji społecznych, kneblowania opozycji. Tak może wyglądać całe, uchwalone samodzielnie przez PiS prawo. Znów żywe są słowa Stefana Kisielewskiego o „dyktaturze ciemniaków”. Jeśli na murach polskich miast pojawią się napisy „rządzą idioci”, służby Błaszczaka będą miały problem. Aresztować za obrazę władzy, czy za zdradę tajemnicy państwowej?

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
27 lutego 2017

Prawo każdej nocy

Funkcjonariusze każdej religii uwielbiają zakazywać i nakazywać, pouczać, żądać posłuszeństwa i straszyć mękami piekielnymi. Najwięcej mają do powiedzenia w sprawach, które z powodu celibatu ich ponoć nie dotyczą…

Feudalny pan miał niegdyś prawo pierwszej nocy. Mógł spędzić noc poślubną ze świeżo poślubioną małżonką każdego ze swych poddanych. Miał wszelkie prawa małżeńskie, w tym prawo zdeflorowania cudzej oblubienicy. „Prawo pierwszej nocy” w każdej religii przybiera postać „prawa każdej nocy”. Bóg propagowany daną religią ma prawo decydowania o seksualności swych poddanych. Wierni zaś mają święty obowiązek poddać się bez szemrania religijnym zakazom i nakazom. Religijne reguły seksualne służą bowiem do podporządkowywania ludzi kapłanom danej religii. Są wytrychem do przejęcia kontroli nad naszym człowieczeństwem. Skoro bowiem ksiądz nie tylko „ma prawo” wiedzieć, jak „to” robimy, ale także dawać nam rozkazy jak „to” powinniśmy robić – czy istnieje cokolwiek, co mogłoby pozostać poza religijnym nadzorem?

Seksualność każdego człowieka, jest naturalną funkcją organizmu, ma decydujący wpływ na każdy aspekt ludzkiego życia. Ma wymiar biologiczny, psychiczny, ale także społeczno-kulturowy. Seksualność przenika nasze codzienne życie, choć jej siła zależy m.in. od temperamentu, osobowości, doświadczenia, światopoglądu, czynników kulturowych. Zajmuje kluczową pozycję w systemie wartości człowieka. Od niej zależy doświadczanie miłości, poczucia sukcesu, sensu życia. Pruderia – zwłaszcza ubrana w ornat – tłumi traktowanie seksu jako naturalnej funkcji ludzkiego organizmu. Ale postępy laicyzacji i liberalizacji powodują przyjmowanie wartości cywilizacji zachodniej. Sprawiają, że także w sprawach seksu człowiek potrafi wyrwać się na wolność, zerwać religijne kajdany.

Za bezsensownością kluczowych religijnych reguł seksualnych przemawia nie tylko naukowa wiedza. Wystarczy porównać kategorycznie sformułowane i dotyczące spraw seksu „zasady religijne” różnych religii. To co w jednych jest obrazą ich „boga”, w innych stanowi jego… apoteozę. Także współcześnie. Chrześcijaństwo ogłosiło np. seks homoseksualny grzesznym. Buddyjscy mnisi uważają zaś gejowski seks za święte misterium. Niezależnie od odmiennego podejścia każdej religii do sfery seksu, widać także wyraźnie odmienne traktowanie „seksu wiernych” od „seksu kapłanów”. Nie mam tu wcale na myśli „świętych obrzędów seksualnych” – tylko odrażającą hipokryzję.

W kościele rzymskokatolickim reguły seksualne dotyczą jednakowo jego wyznawców i funkcjonariuszy. Tylko w teorii! W kościelnej praktyce tolerowane jest ochoczo łamanie religijnych norm seksualnych, jeśli dotyczy księży i biskupów! Kościelna pedofilia, wykorzystywanie seksualne chłopców przez księży, biskupów i kardynałów, nie spotykają się z jednoznacznie negatywną postawą kościelnych władz. Pomimo złamania zakazu celibatu. Pomimo perfidnej oraz traumatycznej dla ofiar przemocy seksualnej, której boleśnie doświadczają ze strony atakujących ich kapłanów! Od wieków trwa hipokryzja kościoła, różnicującego swoje reakcje w zależności od osoby sprawcy seksualnych ekscesów.

Życie seksualne wielu papieży, kardynałów, biskupów obfituje w seksualne skandale i kryminalno – obyczajowe nieprawości. Publicznie „świecili przykładem” jako książęta kościoła uświęcający swe życie brutalnym celibatem. Prywatnie nawet papieże organizowali orgie w Watykanie, prowadzili burdele, wprowadzali swe kochanki i kochanków na watykańskie pałace, mianowali na wysokie kościelne urzędy swych „bratanków” oraz swe „siostrzenice”. Cóż można powiedzieć o religii, której szefowali papieże, będący mordercami, cudzołożnikami, dziwkarzami, pijakami, hazardzistami? Papieże dopuszczający się kazirodztwa, handlujący dla swego zysku świętościami i urzędami kościelnymi? Uważacie, że to zamierzchła przeszłość? Błądzicie!

The Holy Crusade for Relic, w porozumieniu z Watykanem, skupuje od handlarzy, na aukcjach oraz w domach aukcyjnych „święte relikwie”. Nie ma w nich co prawda „drabiny, która się przyśniła św. Jakubowi”, ale są naprawdę cenne okazy. „Drzazg z krzyża Chrystusa” jest na świecie tyle, że spokojnie dałoby się z nich złożyć nie jedno, ale kilkaset drzew! Znany dom aukcyjny Christie’s wystawił w 2008 roku na sprzedaż… „Kamień Ze Świętej Góry Tabor w Izraelu”. Był wyjątkowy, ponieważ miał na niego nadepnąć… Chrystus. Nie wiadomo, czy podpisał certyfikat potwierdzający, ale kamień w relikwiarzu sprzedano za 430 tys. dolarów! Nie tak dawno hiszpański antykwariat opchnął „Relikwiarz Z Palcem Świętego Stefana”. Antykwariusz się obłowił, bo palec sprzedano aż za 14 milionów euro!

Ludzi gotowych na tego rodzaju wiarę jest wciąż mnóstwo. Oni też są chętnymi oraz posłusznymi słuchaczami bajek o tym, czego „bóg” oczekuje od nich w łóżku. Religie zredukowały człowieka niemalże wyłącznie do obszaru poniżej pasa. Właśnie „to” stanowi centralny element kościelnych dogmatów. Sens istnienia transcendentności w nauczaniu kościoła. Żadnej bowiem innej kwestii nie poświęcają tyle uwagi w praktyce książęta i zwykli kapłani kościoła. Można by zażartować, że najbardziej ich interesuje to, czego formalnie, zgodnie z nakazami ich wiary, są pozbawieni. Tyle że to kiepski obszar do żartów. Podobnie jak „bóg”, rzekomo czyhający w każdych majtkach czy na każdym prześcieradle…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
20 lutego 2017

A mury nie runą…

W europejskiej i zachodniej przestrzeni publicznej mur jako symbol izolacji wcale nie jest anachronizmem. Zamiast burzyć stare, wciąż budujemy nowe.

„Wyrwij murom zęby krat / Zerwij kajdany, połam bat! / A mury runą, runą, runą, i pogrzebią stary świat” – śpiewał bard opozycji Jacek Kaczmarski, do melodii L’Estaca katalońskiego pieśniarza Luisa Llacha. W czasach nieboszczki PRL, to był niemalże hymn antykomunistycznego podziemia. Słowa niosły czytelną metaforę – wolność zwycięży! Mało kto wie, że oryginalne zakończenie ostatniej, czwartej zwrotki jest pesymistyczne – „A mury rosły, łańcuch kołysał się u nóg”. A być może realistyczne, czego dowodzi teraźniejszość.

Odkąd człowiek odczuwał potrzebę bezpieczeństwa, budował mury. Miały go chronić przed obcymi. Temu służyły mury obronne, miejskie. Choć pełniły swą funkcję tylko do czasu. Wzniesiony wokół starożytnego Rzymu Mur Aureliana, wzmocniony był blankami i wieżami co 30 metrów. Fortyfikacja ta jednak nie obroniła Rzymu przed Wizygotami i Wandalami. Trzy linie Długiego Muru z Aten do Pireusu i do Faleronu czyniły z Aten niezdobytą twierdzę od V wieku p.n.e. Zburzono je w 86 roku p.n.e. Kamienne mury Konstantynopola (2,8 km), chroniły stolicę Cesarstwa Rzymskiego przed atakami m.in. Persów, Słowian, Arabów, Turków. Konstantynopol kilkakrotnie zdobyli jednak i krzyżowcy i Turcy.

W II wieku n.e. cesarz Hadrian wzniósł Vallum Hadriani (Mur Hadriana), na ok. 4,5 metra. Był murem granicznym Brytanii, ciągnął się przez ok. 117 km od Bowness nad zatoką Solvay do Wallsend. Nie spełniał tylko funkcji obronnych, izolował Brygantów od plemion kaledońskich. Najsłynniejszym (i najdłuższym) jest Wielki Mur Chiński, którego budowę rozpoczęto w 214 roku p.n.e. Liczący wówczas 7,6 tys. km mur z ubitej ziemi, kamienia i cegły postawiono od Shanhaiguan nad Zatoką Liaotuńską (Morze Żółte), aż do przełęczy Jiayuguan w górach Qilian Shan. To największa budowla na planecie, wzniesiona przez człowieka. Również i ten mur nie miał znaczenia jedynie obronnego. Miał bowiem chronić Chiny także przed… demonami hulającymi po stepie.

Współcześnie symbolem muru, zgoła nie obronnego, był Mur Berliński. Beton, okopy, zapory, miny, automatyczne karabiny maszynowe. Widziałem go kilka tygodni przed obaleniem. Był przerażającym dowodem podziału między społeczeństwem otwartym a zamkniętym. Pomiędzy światem wolności a dyktaturą. Ale wreszcie runął, w nocy z czwartku na piątek 9/10 listopada 1989 roku. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Berlina Wschodniego ruszyło na przejście graniczne Bornholmer Straße. Żołnierze w obawie o swe życie otworzyli granicę. Wśród hałasu samochodowych klaksonów obcy ludzie padali sobie w objęcia z radości.

Czas burzenia murów minął bezpowrotnie. W czerwcu 2002 roku Izrael zdecydował o budowie „muru bezpieczeństwa”. Długi na 790 km, ma odgradzać Palestyńczyków od Izraelczyków. Chronić przed atakami palestyńskich terrorystów. Choć w 2004 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze nazwał go „murem apartheidu” oraz uznał za sprzeczny z prawem międzynarodowym – budowa trwa nadal.

Premier Węgier Viktor Orban zdumiał europejskie elity, decydując o budowie wysokiego na 4 metry ogrodzenia na granicy z Serbią. Przeciw imigrantom. Ten pomysł skrytykowała Komisja Europejska. Orbanowi nie przeszkodziło to w zapowiedzi budowy kolejnego muru, na granicy z Chorwacją.

W ślady Orbana idzie prezydent USA Donald Trump. Zdecydował o spełnieniu swej obietnicy z kampanii wyborczej. Chce postawienia na całej granicy z Meksykiem muru wysokiego na 21 metrów! Sprytni programiści z firmy HappyFeet na stronie buildthatwall.tech uruchomili aplikację, za pomocą której można „zbudować” taki mur oraz oszacować jego koszty. Aplikacja podaje koszty rzeczywiste, obliczone przez naukowców ze słynnego Massachusetts Institute of Technology. Trump obiecywał, że koszty budowy „Muru Trumpa” wyniosą od 8 do 12 miliardów dolarów. Według inżynierów, jeśli ma być wysoki na 21 metrów, to musi kosztować aż 112 miliardów USD! Na podanej stronie możemy się dowiedzieć, ile za taką górę pieniędzy można wybudować fabryk czy szpitali…

Niedaleko od Polski będziemy mieli nie tylko mury Orbana. Oto wiadomość z ostatniej chwili – kuloodporny mur postawiony zostanie w Paryżu, wokół wieży Eiffla! Ma mieć 2,5 metra wysokości, zbudowany zostanie z kuloodpornych szyb, za ok. 20 milionów euro! Podobny, także szklany i kuloodporny płot chronić będzie niebawem teren Sejmu R.P. Politycy PiS boją się powiedzieć prawdę, ale są już takie plany. Póki co, od ponad roku budują mury w naszej świadomości. Wykopują i pogłębiają podziały pomiędzy Polską PiS-owską – a Polską „gorszego sortu”. Podobnie książęta kościoła, lansują miłość bliźniego na opak. Każą wiernym sortować ludzi według ich światopoglądu, stosunku do wiary. Każdy bliźni jest przecież równy, ale niektórzy równiejsi! Nastaje czas końca złudzeń! Zryw do wolności miał zburzyć wszelkie mury. Tymczasem politycy i biskupi wciąż budują kolejne…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
14 lutego 2017

Zazdrość Geobbelsa

Niemiecki minister propagandy i oświecenia publicznego zapewne przewraca się w grobie. Zazdrości technik manipulacji oraz narzędzi propagandowych, jakimi włada PiS.

Na początku zawsze jest słowo. Jest nośnikiem znaczeń. Do niedawna uważano, że ludzki umysł jest pewnego rodzaju komputerem, humanoidalną odmianą maszyny Turinga. Wykonuje algorytmy czyli ciąg zdefiniowanych czynności, niezbędnych do wykonania zadania. W procesie ich wykonywania znajduje się w określonym stanie. Przechodzi do kolejnego stanu na rozkaz, a ich lista jest jej programem. Część naukowców sądzi, że każdy z nas posiada tzw. „umysł ucieleśniony”. Nasze myśli wciąż są kształtowane przez interakcje z otoczeniem, bodźce jakie odbieramy za pomocą zmysłów. Obie te teorie psychologii poznania dostrzegają kluczową pozycję słów w naszym postrzeganiu i rozumieniu świata.

Badacze języka i procesów poznawczych są przekonani, że słowa oddziałują nie tylko na nasz umysł, ale także na ciało. Tak silnie, że mogą nawet sprawiać nam ból. Słowa jako nośniki określonych treści nie tylko służą nam do poznawania świata. One także decydują o naszych zachowaniach osobistych i społecznych. Czołowy językoznawca kognitywny (badający procesy poznawcze) George Lakoff podkreśla fundamentalną rolę pojęć emocjonalnych, uruchamiających ludzkie zachowania. Słowo „pojęcie” w logice to myślowy odpowiednik przedmiotu. W językoznawstwie możemy utożsamiać je ze słowem. One ujawniają nasze intencje, emocje. Słowa mogą także je kształtować. Odpowiednio użyte mogą być „listą rozkazów” dla maszyny Turinga. Mogą służyć „zaprogramowaniu” ludzkiego umysłu, narzuceniu mu sposobu postrzegania i rozumienia świata.

Jeśli o osobie będącej obiektem naszego seksualnego pożądania mówimy „ciacho” – to znaczy że jest ona dla nas „seksualnym pożywieniem”. Nie wiążemy z nią jakichś długofalowych planów – chcemy ją skonsumować, aby sprawić sobie przyjemność. Aż tyle naszych zamiarów ujawniamy tylko jednym słowem! Odpowiednio nazywając określone zachowania, zjawiska, możemy kształtować stosunek (poznawczy, także emocjonalny) ludzi wobec tych zachowań czy zjawisk. Nasz język nas „zdradza” obnażając innym naszą postawę. Gdy nie jesteśmy w pełni świadomymi odbiorcami bodźców z otaczającego nas świata, słowa użyte do jego opisania przez innych – jak mówią młodzi ludzie – „ryją nam beret”. Czyli kształtują postrzeganie świata, kreują nasze zachowania.

To właśnie główny cel propagandy. Czyli celowego, intelektualnego i emocjonalnego manipulowania ludźmi. Po to, aby ukształtować w nich określony pogląd (poglądy), zachowanie (zachowania). Podstawowe narzędzie propagandy to zawsze słowo, zwłaszcza nacechowane emocjonalnie. Czy ktokolwiek mógł żywić podejrzenia co do kierunku działań, mających systemowo zmienić Polskę, skoro nazwano je hurtem „dobrą zmianą”? Ten mistrzowsko propagandowy związek frazeologiczny stał się wytrychem do umysłów Polaków, głosujących na PiS. Wytrychem uruchamiającym popierające tą partię zachowania suwerena.

Czy wyborcy głosowali na demontaż fundamentalnych instytucji demokratycznych? Czy chcieli podporządkowania całego państwa kapryśnej i niemądrej woli jednego dyktatorka, niewielkiego wzrostu i rozumu? Czy głosowali za przejęciem Trybunału Konstytucyjnego przez partię rządzącą? Czy głosowali za bałaganem w oświacie? Czy głosowali za partyjnym nepotyzmem a’la Misiewicz? Czy może głosowali za bilionem długu publicznego? Za naginaniem prawa do potrzeb PiS? Czy głosowali za zdegradowaniem parlamentu do roli maszynki do głosowania? Za prezydentem wzywanym na dywanik do domu jednego z posłów, będącego miłośnikiem kotów? Za nachalną i prymitywną propagandą partyjną w mediach publicznych? Albo za podejmowaną próbą upartyjnienia samorządów oraz wszelkich jeszcze nie spisiałych instytucji państwa? A może wyborcy głosowali za karykaturalną polityką zagraniczną, drażniącą wszystkich sąsiadów Polski oraz umacniającą stosunki dyplomatyczne z mocarstwem o nazwie San Escobar? Pytania można mnożyć, wszystkie mają charakter retoryczny. Wybór Kaczyńskiego „człowiekiem wolności” oznacza, że wywracanie kota ogonem będzie wciąż trwało. Największe draństwa wciąż nazywane będą „dobrą zmianą”…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
30 stycznia 2017

Diabeł w ornacie…

Jarosław (nie)Wielki publicznie wyznał, że będzie zwalczał dyktaturę i tyranię w Polsce. Nie była to jednak obietnica autodestrukcji…

„W Polsce jest mnóstwo malutkich księstewek, takich dyktaturek, tyranii, i one muszą zostać zlikwidowane w interesie Polaków” – rzekł publicznie, na radiowej antenie Jarosław Kaczyński. Wielki Likwidator nie miał jednak na myśli ścigania osobliwie pojmowanej „polityki prorodzinnej” w pisowskim wydaniu. Nie chce też bynajmniej likwidować nepotyzmu. Wręcz przeciwnie, chce go nadzwyczajnie wzmocnić. W imię moralności Kalego, dla którego dobrym uczynkiem jest kraść cudze krowy, a złym, gdy mu ktoś te krowy ukradnie.

Kaczyński nie ukrywa swych zamiarów – „cel jest prosty: zupełnie zmienić sytuację w samorządach w ten sposób, żeby Prawo i Sprawiedliwość, które dzisiaj ma stosunkowo niewielkie pozycje w tej sferze życia publicznego, te pozycje radykalnie wzmocniło”. Według Jarosława Niektórych Polaków, wszędzie tam, gdzie lokalnie nie rządzi PiS – są „księstewka”, „dyktaturki”, „tyranie”. Ich likwidacja ma być tożsama z obaleniem tych prezydentów, burmistrzów i wójtów, którzy rządzą dłużej niż dwie kadencje. Dopiero gdy na samorządowe posady wgramolą się rozmaici Misiewicze, rozkwitnie niebywale demokracja.

Dyktatorek Kaczyński w roli obrońcy demokracji i społeczeństwa obywatelskiego – to zupełna nowość. Dotąd jego działania skutkowały tłamszeniem niezależności oraz rujnowaniem fundamentów demokratycznego państwa prawa. Dalej będą tym samym. Tyle że obecnie pisowcy, jak się wydaje, zasadniczo zmieniają swoją narrację. To oni są „komitetem obrony demokracji”. To PiS zwalcza wszelką tyranię, a Kaczyński obala dyktaturę! Tyle tylko, że szafa nazwana krzesłem nadal nie nadaje się do siedzenia.

PiS wrzeszczy od dawna, że rządzi w imieniu „suwerena”, który domaga się ponoć tego, o czym wcale go nie poinformowano, gdy głosował na kaczą partię. W wyborczym programie PiS nie było ani słówka o dewastowaniu mechanizmów demokracji w Polsce. Nie było nic o działaniach sprzecznych z Konstytucją. Nie było nic o tym, że wkrótce będzie ich coraz więcej – bo po to przecież pisowcy przetrącili kręgosłup Trybunałowi Konstytucyjnemu! Nie byłoby to takie niebezpieczne, gdyby nie głupota Millera z Palikotem, którzy zawyżyli sobie próg wyborczy z 5 do 8 proc., następnie zaś się o niego potknęli, wywalając lewicę z Sejmu. To dzięki temu PiS ma dziś prawie pełnię władzy i poparcie biskupów, którzy z profitów władzy korzystają.

Pisowczycy marzą o pełniejszym zawładnięciu państwem. Chcą samorządów! W tej ich partyjnej wojnie pierwsza już dawno poległa prawda. Zawłaszczanie Trybunału Konstytucyjnego i oddanie jego prezesury zaprzyjaźnionej pani magister prawa nazwano „zwróceniem Trybunału obywatelom”. Należy to odczytywać zgodnie ze znaczeniem tych słów – Trybunał stał się własnością niektórych obywateli – tych lepszego sortu. Zwłaszcza tych z Nowogrodzkiej, gdzie mieści się współczesne biuro polityczne komitetu centralnego PiS.

Partia Kaczyńskiego wprawia się w sztuce propagandy sukcesu. Infekuje nasze życie publiczne wszechogarniającym kłamstwem. Choćby tym zasadniczym – o rzekomym działaniu w interesie „suwerena”. Populistyczne hasła towarzyszące rozwijającej się dyktaturze, budowana wytrwale demokracja totalitarna, maskowane są dość zgrabnie narracją o „zwracaniu Polski obywatelom”. Ta manipulacja ma na celu wmówić jak największym grupom społecznym, że obecna władza działa na ich korzyść, choć tak nie jest – korzyści odnosi manipulator.

Jesteśmy świadkami zakłamywania polskiej polityki, ukrywania rzeczywistych celów działań władzy, intencjonalnego oddziaływania na społeczeństwo. Uprawiane techniki manipulacyjne mają pozbawić nas rozsądku, zdolności do krytycznej oceny sytuacji. Mają ukształtować „lud smoleński”, bezwolnie posłuszny (nie)Wielkiemu Kaczorowi. Wrogo nastawić go do „ludzi gorszego sortu”. Dlatego Kaczyński wprawia się w wywracaniu kota ogonem. Dlatego ten diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę demokracji dzwoni. Ale choćby nam w końcu skutecznie wmówił, że jego kot jest psem, to on nigdy nie zaszczeka.

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
22 stycznia 2017

Rząd Czarnej Madonny

Prawa i lewa ręka Jarosława (nie)Wielkiego ujawniła tajną rządową broń. Dzięki niej już niebawem Polska popłynie mlekiem i miodem. Katechezy dla papieża ruszą na Nowogrodzkiej. Wkrótce na Żoliborzu Putin złoży hołd ruski…

Antoni Macierewicz, pisowski MacGyver i Agent 007 w jednym, to uznany specjalista od działania w stanach skrajnego zagrożenia. Są one dlań tak niezbędne, że gdy ich nie ma, to je tworzy. Swym przenikliwym spojrzeniem identyfikuje przyczyny katastrof lotniczych. Zwłaszcza tych (nie)podobnych do zamachu. Niestraszne są mu pękające parówki oraz mocno zgniecione puszki. Nauka nie ma przed nim tajemnic. Osobiście rozmawiał z dziewięcioma Polakami (z Dolnego Śląska i Zachodniopomorskiego), na których nasi wrogowie testowali niezwykle groźną broń elektromagnetyczną.

Bieżący minister od obrony narodowej jest wielkim wizjonerem. Nader skromnie ukrywającym swoje moce jasnowidzem! W uczniach klas mundurowych dostrzegł już przyszłych pogromców Specnazu. Zdemaskował Rosję, że francuskie okręty Mistral za dolara kupiła od Egiptu. Te dokonania nie pozwalają na zdziwienie, że ekspertem i doradcą ministra był niegdyś efebowaty dwudziestolatek. Przecież sporo się od niego nauczył. Uczeń przerósł nastoletniego mistrza! W niektórych sprawach okazał się znacznie lepszy od bardzo ważnych person rządowych! Od znanej z nadzwyczaj bujnego intelektu Beaty Kempy. Szefowa kancelarii Pani Premier, przed kościelnymi „dniami młodzieży” wygadała się, że rząd zawarł atmosferyczny „pakt z Janem Pawłem II”. Wtedy to był hit, teraz kit.

Ponad rok temu tchnienie Ducha Świętego dało nam prezydenta R.P. Pewnie dzięki temu potrafi złapać hostię szybciej niż ksiądz czy nawet biskup. Mniej więcej pół roku później Beata Kempa nawiązała quasi-spirytystyczny kontakt z nieżyjącym świętym, Karolem Wojtyłą. Od tego wiekopomnego wydarzenia minęło ledwo kilka miesięcy, ale sprawy zaszły znacznie dalej niż można się było spodziewać. Antoni Macierewicz na antenie telewizji Trwam wyznał, że sejmowy kryzys zakończyła tajna broń PiS.

– Nie byłoby tak skutecznego i szybkiego działania, które zrealizowało kierownictwo PiS, gdyby nie obecność kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości 23 grudnia 2016 roku przed ołtarzem, przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Nie ma wątpliwości, że ta nasza modlitwa wspólna wówczas była dobrym znakiem, dobrą zapowiedzią, jednym z wielu skutecznych decydujących działań, które zaowocowały dniem dzisiejszym – wyznał nieustraszony Pan Antoni.

Wyznanie to musiało stać się treścią szyfrogramów, które do stolic swych państw wysłali natychmiast strwożeni dyplomaci akredytowani w Polsce. Wcześniej Czarna Madonna nie angażowała się tak wyraźnie w politykę, choćby tylko międzynarodową. Jest to więc niezwykłe wyróżnienie dla naszego kraju oraz dla kierownictwa PiS. Zwłaszcza dla Antoniego Macierewicza, który jako jedyny z tegoż kierownictwa zrozumiał skuteczność tej nowej broni.

Trzeba umieć właściwie odczytywać znaki czasu. Obecnie nam panujący rząd bez wątpienia jest faworytem kierownictwa PiS. Ono zaś – to Kierownictwo – jak ujawnił Macierewicz, prawie na pewno jest faworytem Czarnej Madonny. Nie wolno zatem bluźnić, nazywając rząd Beaty Szydło „Latającym Cyrkiem Pana Prezesa”. To przecież faworyt Kierownictwa! Zapewne może więc uważać się za Jej faworyta. Rząd Czarnej Madonny kroczyć będzie ścieżką wiodącą od jednego do następnego sukcesu.

Polacy nie muszą się troskać przekrętami czy pedofilią w kościele. Nie muszą wątpić w nauki papieża Franciszka, jakże odmienne od katechezy liderów PiS! Nie muszą bać się Putina. Mogą być spokojni o spełnienie obietnic PiS. Tych wyborczych oraz innych. Niech nikogo nie martwi dziura budżetową czy gigantyczne zadłużenie. Dzięki łaskawości Czarnej Madonny czeka na nas dobrobyt i powszechne szczęście. Jest tylko jeden, jedyny warunek. Rząd stale klęczący na Jasnej Górze. Bez obaw, to się już dzieje, naprawdę…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
16 stycznia 2017

Demokracja totalitarna

Niejawne obrady Sejmu, cenzura i zakazy dla prasy podkopują fundamenty społeczeństwa otwartego. Są początkiem totalitaryzmu. PiS chce kontrolować wszystko i wszystkich. Kaczyński ma gdzieś demokratyczne wartości.

16 grudnia 2016 rozpoczął się w Polsce totalitaryzm. Rządzące PiS podeptało Konstytucję R.P.. Naruszyło fundamenty demokracji. Partia Jarosława Kaczyńskiego odebrała Polakom prawo sprawowania rzeczywistej kontroli obywatelskiej. Wyrzuciła na śmietnik konstytucyjną zasadę jawności obrad Sejmu R.P. Wprowadziła cenzurę prewencyjną wolnych mediów. Zdegradowała parlament do partyjnej przybudówki.

Francuski filozof Bertrand de Jouvenel oraz angielski historyk i dziennikarz Edward Hallett Carr wykreowali termin „demokracja totalitarna”. Używał go później izraelski historyk Jacob Leib Talmon, krytykujący Rewolucję Francuską. Termin ten oznacza zdegenerowaną formę demokracji. Rządy w niej sprawuje wąska grupa, dążąca do kontrolowania każdego przejawu życia społecznego. Formalnie istnieje wolny rynek, własność prywatna, społeczeństwo quasi-obywatelskie. Nie ma masowego terroru ani jawnie działającej cenzury.

Taką sytuację mamy w Polsce. Liderzy PiS powołują się na „wolę suwerena”. Czynią zeń tylko alibi dla swych decyzji, co dla Polaków ma być dobre, a co złe. Bez pytania kogokolwiek, w tym suwerena. Bez konsultacji, bez wysłuchania opinii mniejszości. Demontowane są bezpieczniki ustroju demokratycznego. Nie ma już niezależnego od władzy Trybunału Konstytucyjnego. Nie istnieje apolityczny korpus służby cywilnej. Nie rządzą konstytucyjne organy: prezydent, premier, marszałkowie Sejmu I Senatu, sądy i trybunały.

Rządzi kamaryla Jarosława Kaczyńskiego. Jego partyjni dworzanie, sprawujący funkcje publiczne z łaski i nadania dyktatorka. Skupieni na odczytywaniu jego woli, kaprysów i humorów. Każdy z nich jest udzielnym księciem, sprawującym władzę we „własnym księstwie”. Ich wartości i dążenia nie definiuje Konstytucja R.P. Jest przecież „niesłuszna”, zaś biegli prawnicy potrafią wykonywać interpretacyjne piruety.

Nader emocjonalnego marszałka Sejmu Kuchcińskiego mocno dotknęły słowa posła Szczerby „Panie marszałku kochany”. Nieregulaminowo wykluczył go z obrad. Posłowie opozycji w proteście zablokowali mównicę. Posłowie rządowi poszli sobie do Sali Kolumnowej, gdzie uchwalili budżet. Obrady zwołano… SMS-ami! Nie wpuszczono dziennikarzy, choć weszli sobie (sic!) pracownicy klubu PiS. Kancelaria Sejmu odmawiała potem ujawnienia nagrań z tej karykatury „obrad”.

To nie kiepski scenariusz skeczu kabaretowego, lecz parlament pod rządami PiS! Na stronie sejm.gov.pl opublikowano opinie nt. legalności tego „Sejmu kolumnowego”. Także nt. konsekwencji wobec posłów okupujących salę obrad plenarnych. Można zapoznać się z wywodami 4 profesorów i 4 doktorów. Niektóre tezy tych ekspertyz aż ociekają wazeliną. Niektóre opinie są nader powierzchowne. Te które dotyczą obrad w Sali Kolumnowej, skupiają się na: legalności przeniesienia obrad, kworum, metody głosowania oraz głosowania poprawek blokiem na wniosek posła Sasina. Jedynie prof. Bogusław Banaszak zauważył art. 172 ust. 1 Regulaminu Sejmu, choć już nie art. 113, art. 54 ust. 2 i art. 61 Konstytucji R.P. Gwarantują one jawność posiedzeń Sejmu, zakazują cenzury. Profesor twierdzi, że była jawność obrad, bo „każda ich część była transmitowana i jest możliwa do odtworzenia”.

Uważam że zamiast jawności była cenzura! Przejrzystość obrad, stanowienia prawa przez Sejm R.P. wymaga obecności publiczności i dziennikarzy. W Sali Kolumnowej, zauważa profesor, „brak galerii”. Usprawiedliwiać to ma zakaz wstępu dla obywateli. Dlaczego ten zakaz miałby obowiązywać dziennikarzy – tego już nikt nie wyjaśnił. Zabrakło miejsca dla kilku kamer największych stacji telewizyjnych? Jakim prawem marszałek Sejmu R.P. wprowadził cenzurę na terenie Sejmu? To oczywiście pytania tylko retoryczne. Polska demokracja umiera…

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
8 stycznia 2017

Uderzony kamerą…

Ukochany wódz Najsłuszniejszej Partii w przypływie szczerości wyznał, iż w Sejmie uderzono go w głowę kamerą. To może wyjaśniać, dlaczego niektóre jego pomysły są głębokie i piękne jak kibel w nocnym lokalu…

Wiadomo, że nie zaczęło się od tego jednego uderzenia. Ale prawdopodobnie ono wywołało zgubne dla dziennikarzy skutki. Jak wiadomo, ludzki mózg generuje podczas pracy energię, zdolną zaświecić kilkudziesięciowatową żarówkę. Mózg Pana Prezesa po brutalnym uderzeniu zapewne nie był w stanie odpalić lichej świeczki. Niestety, będąc w tak mizernej kondycji intelektualnej Pan Prezes wydał polecenie swemu sejmowemu awatarowi. Marszałek Kuchciński miał „uporządkować pracę dziennikarzy w parlamencie”. Ale zanim Pan Marszałek cokolwiek „uporządkował”, w Sejmie oraz przed nim ta jego „decyzja porządkowa” wywołała chaos. Opozycja zaczęła okupować sejmową mównicę. Przed Sejmem obserwowaliśmy sceny niczym ze stanu wojennego. PiS stanął przed wyzwaniem – jak rozwiązać problem, który sam wywołał?

Zacznijmy od początku. Jak ma wyglądać ten „nowy porządek” parlamentarny? Wyjaśniono to w specjalnej ulotce dla dziennikarzy, wyprodukowanej przez Kancelarię Sejmu. A zatem dziennikarze w Sejmie mieliby odtąd pracować „według ścisłych reguł i zasad”. Chodzi głównie o to, aby „wycieczki ze szkół” nie miały okazji oglądać „wymuszonych komentarzy lub nagrań” zwłaszcza „np. przed drzwiami toalety”. Jak wyjaśnia już na wstępie kancelaryjna ulotka to „niekomfortowa sytuacja”. Na dodatek „buduje negatywny wizerunek Sejmu i Senatu oraz nie licuje z powagą obu instytucji”.

Mam raczej kiepską pamięć, ale nie tak słabą, aby nie zapamiętać parlamentarnego wywiadu z kimkolwiek wprost sprzed drzwi sejmowego kibla. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej telewizyjnej „setki” (chodzi o 100 sekund nagrania, a nie o zacny napitek), w której za logo jakiejś partii robiłyby litery „WC”. Nie przypominam sobie żadnego polityka, który komentowałby uchwalenie jakiejś ustawy, mając w tle toaletowy piktogram. Czyżby zatem sejmowa kancelaria zmyśliła sobie – podawany jako główny – ten powód wprowadzania „nowego porządku” dla dziennikarzy? Może wywiady i komentarze prawie wprost spod pisuaru jednak były? Może nie poszły na antenę, bowiem redaktor pożałował polityka nerwowo przebierającego nogami? Dlatego że się wstrzymywał, bynajmniej nie od głosu?

Robię sobie jaja z anonimowego autora ulotki sygnowanej przez Kancelarię Sejmu, bo nie sposób poważnie potraktować jej treści. To on wymyślił, że główną przyczyną zmian w pracy dziennikarzy parlamentarnych są rzekome dziennikarskie polowania na progu kibla. To on (albo oni – być może nad tymi mądrościami pracowała większa ekipa) z powagą przekonuje, co jest tak samo ważne jak estetyczno-fizjologiczna kwestia transmisji znad brzegu pisuaru. Otóż – „równie ważną kwestią jest brak pluralizmu i równego dostępu mediów do polityków” (sic!). Czyli to nie tylko kwestia smaku…

Zgodzę się z każdym kto twierdzi, że powinien istnieć spory dystans pomiędzy ustami polityka a brzegiem sejmowego pisuaru. Jeszcze większa odległość winna być zachowana pomiędzy tymi ustami a krawędzią muszli klozetowej. To nie tylko rola dziennikarzy oraz osób organizujących ich pracę w Sejmie. To głównie wyzwanie dla polityków, aby ich „złote myśli” nie przypominały jako żywo toaletowej zawartości. Zbyt często ich wywody nawet parlamentarni koledzy nazywają nieparlamentarnie „rzeźbieniem w g…”.

Domniemany problem „braku pluralizmu i równego dostępu” dziennikarzy do Sejmu PiS pragnie rozwiązać w sposób, który staje się jego specjalnością. Jak informuje Kancelaria Sejmu w tej nieszczęsnej ulotce, dostęp ten „w obecnym systemie podlega bardzo ograniczonej weryfikacji i kontroli”. Jak należy się domyślać, do pełni szczęścia brakuje zatem dziennikarzom jedynie nieograniczonej weryfikacji oraz pełnej kontroli! Wdrażane zmiany mają „zwiększyć bezpieczeństwo i profesjonalizm pracy”. Ich istotą mają być: „centrum medialne” w budynku F (obok Sejmu), zakaz rejestracji audio i video z galerii sejmowej. Do tego ograniczenie liczby dziennikarzy do „dwóch pracujących na zmiany”. Ulotkę zilustrowano wizerunkiem upadającego na sejmową posadzkę polityka, otoczonego wianuszkiem kamer.

Upadający polityk to nie jest jakaś rzadkość w Sejmie. Takich obrazków wciąż będzie sporo. Bez znaczenia jest, ile kamer straż marszałkowska wpuści na parlamentarne korytarze. Jako były poseł oraz dziennikarz od lat bywający w Sejmie potwierdzam, że żywiołowe zachowania niektórych dziennikarzy mogą być dla polityków nieco męczące. Uważam także, że nawet wskazane byłoby rozsądne uregulowanie zasad dostępu prasy do Sejmu. Jednak propozycje PiS nie sposób uznać za rozsądne. Nie mogę też zrozumieć, jak partia powołująca się wciąż na swe umiłowanie demokracji oraz „wolę suwerena” mogła w tak arogancki sposób przystąpić do „porządkowania” pracy dziennikarzy. Czyż nie należało wcześniej ich zapytać o opinię? Czy na Nowogrodzkiej nikt nie zna i nie rozumie słowa „konsultacje”?

Większość problemów PiS wynika wprost z postawy arogancji władzy. Przejawia się ona zwłaszcza publicznym dyskredytowaniem innych („gorszy sort”). Przekonaniem, że obecna władza pozjadała wszystkie rozumy i ma „mandat od boga” na rządzenie. Wreszcie podejmowaniem decyzji bez jakichkolwiek konsultacji z tymi, których one dotyczą. Tę arogancję „usprawiedliwia się” rzekomo nadzwyczajnym poparciem „suwerena”. PiS nie chce zauważyć, że obecną większość parlamentarną zdobył wskutek dziecinnego błędu Millera i Palikota (byli kiedyś tacy politycy). Wśród aktywu PiS panuje błędne przekonanie, że „władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy”.

Prezydent Andrzej Duda, dotąd znany jako specjalista od deklamowania, ma ponoć wątpliwość, czy ustawę budżetową prawidłowo przegłosowano w sali kolumnowej. Bo nie wiadomo czy było kworum. Bo iluś posłom uniemożliwiono wejście na tę salę. Bo marszałek Kuchciński przeprowadził głosowanie według kompromitującej Sejm zasady: „wszystko jedno, czy widzę, czy nie widzę”. Reasumpcja (powtórzenie) tego głosowania mogłaby usunąć wszystkie wątpliwości. Większość PiS i tak uchwali co zechce. Dla czystości zasad warto porzucić arogancję. Zaognianie sporu prowadzi tylko w stronę (na razie werbalnej) wojny domowej. Może obecna władza puknie się w głowę (niekoniecznie kamerą)?

Ryszard M. Zając logo-fim-sm Fakty i Mity - felietony
1 stycznia 2017

WESPRZYJ FUNDACJĘ DLA DEMOKRACJI – WPŁAĆ PROSZĘ DATEK NA KONTO

PKO BP S.A. nr konta: 71 1020 2498 0000 8902 0590 7557


pixel Fakty i Mity - felietony

pobierz blankiet wpłaty

 

 

powrót na stronę startową