Alfabet Zająca – 5

ALFABET RYSZARDA ZAJĄCA – str. 5


Janusz Szpotański

janusz-SzpotanskiWielce zabawny autor ironicznej apoteozy „Polski Ludowej”, zatytułowanej „Towarzysz Szmaciak”. Równie ironicznym i zabawnym dziełem była humorystyczna historia Rosji oraz ZSRR, opisana pod wymownym tytułem „Caryca i zwierciadło” (gdzie „carycą” był lotny jak fura z węglem towarzysz Breżniew). „Szpota” (tak nazywali Go znajomi) poznałem, potem miałem możliwość poznawać kilkakrotnie, w warszawskim mieszkaniu bodaj Pawła Mikłasza, dowodzącego techniką (drukarnia itp.) KOR-u. Charakterystyczny, nieco skrzeczący głos Szpota był zapewne słyszalną oznaką jego umiłowania wszelakich trunków rozweselających. Ale i bez nich sypał dowcipami oraz zabawnymi komentarzami jak z rękawa. Paweł też był niezły jajcarz, więc wieczór przy wódeczce z nimi skutkował u mnie zazwyczaj bólem brzucha. I to nie z powodu spożycia. Niejaki tow. Gomułka (historia wciąż nie chce zapomnieć o tym sekretarzu KC PZPR) był nieuprzejmy nazwać Szpota „człowiekiem o moralności alfonsa”, zaś „Towarzysza Szmaciaka” – „reakcyjnym paszkwilem, ziejącym sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii”. Nie ma się co dziwić takiej wściekłej reakcji. Oto próbka z dzieła „Szpota” – „Straszny miał dzień towarzysz Szmaciak. / Ach, wprost odchodził od rozumu, / kiedy uciekać musiał w gaciach / ścigany wyzwiskami tłumu. / Zewsząd sypały się kamienie, / boleśnie bijąc go w siedzenie. / Na szczęście było – jak już wiecie – / tajemne przejście w komitecie. / Jeszcze ze strachu nie ochłonął, / a za nim już komitet płonął / i płonął w jego gabinecie / największy porno-zbiór w powiecie.” / Brakuje nam Ciebie, Szpocie…

zobacz w Wikipedii – Janusz Szpotański

Kazimierz Świtoń

Kazimierz-SwitonZa czasów „olszewików” (rządów Jana Olszewskiego) wsławiony oskarżeniem w Sejmie Wałęsy, którego proroczo zatytułował agentem. Był silnie nawiedzony, pełen mistycznych wizji i całkiem realnego pragnienia władzy. Wraz z bratem założył dwuosobowe niezależne związki zawodowe, które bezpieka potraktowała nader poważnie, mocno Kazia represjonując. Mianował się pierwszym niezależnym związkowcem w PRL, bowiem dwa dni wcześniej od „Warszawki” zainicjować miał Wolne Związki Zawodowe. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi. Był żywym przykładem „niezawisłości” PRL-owskich sądów. W październiku 1978 nieumundurowani milicjanci napadli go i pobili, gdy wychodził z kościoła. Został aresztowany i oskarżony… o pobicie tychże milicjantów. Skazanego na rok bezwzględnego więzienia uwolniono zza krat dopiero w marcu rok później, po protestach zachodnich organizacji praw człowieka. Później internowany, aresztowany, także skazany („za znieważenie Sejmu R.P. oraz znieważanie innych narodów”, tj. Niemców i Żydów). Na masową skalę sadził krzyże na tzw. żwirowisku nieopodal obozu koncentracyjnego KL Auschwitz, ale się nie przyjęły. Potem złapał się krzyża przenoszonego do kościoła sprzed Pałacu Prezydenckiego w Warszawie, także bezskutecznie.

zobacz w Wikipedii – Kazimierz Świtoń

Yoshiho Umeda

Yoshiho UmedaCałkowicie spolszczony Japończyk, szerzej znany z początków „Solidarności”. Bardzo Go lubiłem, żałuję że już Go nie ma. Historyczne korzenie łączące go z Polską są nie tylko mocne, ale i wybitnie okazałe. Z tej racji, a także z powodu błyskotliwej inteligencji i doskonałej znajomości polskich realiów – wymarzony kandydat na agenta zachodniego wywiadu. W warszawskim biurze wyborczym „S” w 1989 roku (w popularnej „Niespodziance”) trzymał wyborczą kasę, która była całkiem pokaźna (sumy nie wymienię, by nie gorszyć maluczkich). W jego wygodnej willi na Żoliborzu, nieopodal miejsca zesłania Kuronia, spotykali się różnej maści opozycjoniści, od intelektualistów w rodzaju Konstantego Geberta (Dawid Warszawski), poprzez Józefa Orła, Henryka Szlajfera i innych. Byłem tam parę razy, w aktywnej konsumpcji podziwiając intelektualną swobodę, horyzonty oraz tęgą głowę Yoha Umedy. Niedaleko Niego mieszkał Amerykanin w sile wieku, absolwent wojskowej akademii West Point, zapewne znów agent, tyle że CIA. Byliśmy tam na jakiejś popijawie, wraz z czołówką opozycyjnej „warszawki”. Yoho zawsze dał się lubić, był mądrym człowiekiem, jednym z niewielu których szczerze podziwiałem [*]…

zobacz w Wikipedii – Yoshiho Umeda

Jerzy Urban

Jerzy-UrbanPonieważ pochlebiam sobie, że jestem ponoć dziennikarzem, imponował mi zawsze sprawnością pióra, celną przenikliwością umysłu, zupełnie niekonformistycznym podejściem do życia. Nieustanny prowokator, choć ostatnio jakby coraz bardziej ostrożny. Eksploracja jego mózgu wyjaśniłaby wiele politycznych i obyczajowych zagadek nie tylko III Rzeczpospolitej. Bywałem w redakcji „NIE” i udzielałem się w ruchu o tej samej nazwie. Bywałem też parokrotnie w domu Urbana w podwarszawskim Konstancinie, zawsze na jakimś dwuosobowym wieczorze literackim (bo lubiłem przy wódce). Razem z Urbanem przepraszałem publicznie Czechów za Zaolzie. Urban więc spowszedniał mi już na tyle, że bez krępacji mówię o nim per „Łysy”. Zetknąłem się z nim oko w oko po raz pierwszy na konferencji prasowej w trakcie „Okrągłego Stołu”. Później wymieniliśmy dwa lub trzy listy; szykowałem się bowiem do publikacji na łamach jego „NIE”, co zresztą wielokrotnie nastąpiło i może jeszcze nastąpi. Urban spełnia od lat oczień pozytywną rolę, naruszając kolejne tabu i nakłuwając pracowicie balony rządowej propagandy kolejnych władców Polski. W takim kontekście sytuuje się na pozycji apostoła demokracji, czego wielu ludzi nie może wprost ścierpieć. Uniformizacja Urbana zabiłaby najbarwniejszą postać aktualnej polskiej polityki. Z tych powodów nie podzielam niknącej (na szczęście) opinii krwiożerczej mniejszości, iż jako znak firmowy poprzedniej ekipy powinien być stratowany dokładnie przez rozjuszone słonie, zaś jego szczątki powieszone za uszy na iglicy pałacu kultury i nauki; sępom na pożarcie, prowokatorom ku przestrodze.

zobacz w Wikipedii – Jerzy Urban

Lech Wałęsa

lech-walesaJednoosobowy obalacz komunizmu i wszelkich innych wrednych ustrojów państwowych. Oko w oko spotkałem się z tym gościem parokrotnie. Najpierw, za konspiry, chyba na plebani u Jankowskiego, uważanego za gdańskiego prałata, na konferencji prasowej dla paru dziennikarzy. L.W. całkiem nieźle grał rolę odpowiedzialnego za losy Narodu bufona – i tak już mu zostało. Już wtedy potrzebne były dysertacje: „Co Autor Chciał Przez To Powiedzieć?”. Drugi raz miał miejsce w punkcie sanitarnym kopalni „Manifest Lipcowy*, gdzie „Ponton” przybył gasić strajk wodą swych słów; przy okazji wykreowując wiernego mu, żałosnego Pietrzyka – szefa strajkowych służb porządkowych. Górnicy protestowali gorąco; koniec strajku w takiej formie oznaczał dla nich utratę pieniążków z 13 czy 14 pensji. Wódz z miną pana kazał sobie obliczyć – ile to będzie parę tysięcy górników razy ileś tam złotych, po czym obiecał, iż tak śmiesznie niską sumę wypłaci z własnych, skromnych dochodów. Obietnicy zresztą nie spełnił, choć wówczas nie chodziło jeszcze o obiecane w wyborach sto milionów dla każdego. Po raz kolejny znalazłem się dwa metry od Wałęsy, gdy poprzedzany liczną i zaaferowaną świtą, raczył przybyć do kierowanego przeze mnie biura wyborczego „S” w warszawskiej ,.Niespodziance”. Logistyczne centrum dowódcze kampanii wyborczej „S” znajdowało się wówczas w podziemiach, dokąd schodziło się po drewnianych i dość stromych schodach. Mimo, że los tego kuglarza polskiej polityki był mi już wtedy obojętny, drżałem na myśl, że Wałęsa się na tych nieszczęsnych schodach wypiemiczy – tyle było wokół śliskiej wazeliny. Potem, gdy zostałem posłem, a Wałęsa prezydentem R.P., telefonował do mnie usiłując wytłumaczyć się z niezapłaconego podatku od miliona dolarów „honorarium” z Warner Bros. Ostatecznie podatku nie zapłacił, bo się przedawnił, na co tchórzliwie pozwolił już wówczas stetryczały Leszek Miller. Obecnie wałęsa odgraża się, że stanie na czele tzw. Komitetu Obrony Demokracji. To jednak zadanie ponad jego obecne siły. Po pierwsze, alimenciarz Kijowski nie da się wygryźć, po drugie kierujący KOD-em KOR-nicy nie pozwolą Wałęsie na rolę wiekszą niż paprotka. No i po trzecie, Wałęsa dla KOD-u byłby niczym poczałunek śmierci…

zobacz w Wikipedii – Lech Wałęsa

Andrzej Wielowieyski

Andrzej-WielowieyskiPochodzenie słuszne: syn ziemianina. Według Kisiela mimoza i nerwus. Według mnie także dziwak, choć negocjator Porozumień Sierpniowych. Ciągle widząc go rozważam powody, dla których nie chodzi wcale w komży, choć powinien. Podczas „Okrągłego Stołu” upominał się wytrwale o tzw. indeksację płac. Jako senator R.P. miał znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Był orędownikiem sprowadzania australijskiego węgla, kosztem obniżania wydobycia polskiego. W stowarzyszeniu starców, jakim jest Senat, pełnił zaszczytne funkcje wicemarszałka (dwukrotnie). Porem oczywiście europoseł. Politycznie sprawny, zawsze umiał lawirować. M.in. w 1989 roku celowo oddał głos nieważny, aby umożliwić wybór Jaruzelskiego na prezydenta R.P. Było to 19 lipca 1989 roku, zatem tuż po wyborach czerwcowych, ogłaszanych jako początek transformacji ustrojowej. Wielowiej jako ziemianin nigdy nie był przesadnie przywiązany do słuchania głosu ludu. Przecież Pan zawsze wie lepiej od plebsu…

zobacz w Wikipedii – Andrzej Wielowieyski

Karol Wojtyła

Karol-WojtylaŚwięty Kościoła katolickiego, więc trzeba uważać z wyrażaniem opinii, bo można podpaść pod paragraf za szarganie uczuć religijnych… Tak się jakoś złożyło, że w dalszej odnodze mojej rodziny znalazł się gość, który był świeckim przyjacielem Pana Karola. Gdy ten został papieżem, jeździł doń nawet czasem do Watykanu. Został zresztą odznaczony jakimś papieskim orderem, do którego przynależał mundur z czymś na kształt napoleońskiego czako z kitą i kordonami. Miał też do kompletu wielgachną szablę. Łaził z tym wyposażeniem obok biskupa niosącego Wiadomo Co podczas „procesji Bożego Ciała”. Wzbudzał takim wyglądem oczywiście większe zainteresowanie ludu niż banalna zawartość monstrancji. Ówże krewniak był też sprawcą kościelnego przemytu w czasach PRL-u. Pogranicznicy i celnicy przyzwyczaili się do jego lichego wyglądu, gdy ubrany w kusy garniturek z wytłuszczoną teczuszką jechał tam i z powrotem z watykańskim paszportem. Kiedyś bramka mocno zawyła na zawartość tejże teczki. Krewniak wyjawił, że wiezie złoto, zaś funkcjonariusze poskładali się ze śmiechu i go puścili. Faktycznie przewoził złoto, które trafiło potem na kopułę bazyliki czy czegoś tam. Jak to lichy wygląd nawet czujne służby potrafi zmylić… Wracając do papieża, nie miałem przyjemności poznać osobiście. Czytywałem jednak z zainteresowaniem jego wypowiedzi podczas słynnych spotkań z naukowacami i przyjaciółmi w Castel Gandolfo. Publikowała je bodaj krakowska kuria, w mikrym jak na wielkość tychże słów nakładziku zaledwie dwustu egzemplarzy…

zobacz w Wikipedii – Karol Wojtyła

Henryk Wujec

Henryk WujecJego zasług nie sposób przecenić. Nadzwyczaj pożyteczny w czasie konspiry: był sekretarką opozycji, jej kadrowcem, pisał też podania na Zachód z prośbą o pieniądze. Kiedyś Jerzy Giedroyć zadziwił mnie nadmiernie, informując listownie, że Wujec żądał od Amerykanów sześciu milionów dolarów na utrzymanie warszawskiego i wojewódzkich komitetów obywatelskich. Lubiłem go, choć zupełnie niepotrzebnie. To on, wraz z Lityńskim pomógł w wylansowaniu Pietrzyka jako trzecią personę przy „Okrągłym Stole”. Kiedyś przyjdzie się im z tego tłumaczyć. W wypowiedzi dla krakowskiego „Dziennika Polskiego” Wujec przyznał publicznie, że koni by ze mną kraść nie chciał. Odetchnąłem z ulgą, kradzieże koni nie są bowiem moją specjalnością, a nigdy nie chciałem partolić jakiejkolwiek roboty. W ostatnim czasie wraz ze swym kolegą Litem (Jankiem Lityńskim) doradzał Bronisławowi Komorowskiemu. Najprawdopodobniej dzięki radom ich obu Komorowski jest już byłym prezydentem. Obaj (Wujec i Lityński) mają bowiem w sobie wrodzone przeświadczenie, właściwe dla byłych UW-oli, że bez nich Polska nie istnieje, zaś oni sami są wzorcem dla każdego w każdej sprawie i zawsze mają rację. Otóż niezupełnie. Przy tych zastrzeżeniach trzeba jednak podkreślić, iż Henio Wujec jest osobą niezwykle sympatyczną, choć nie da sobie w kaszę dmuchać. No i format intelektualny taki, że każdy może pozazdrościć!

zobacz w Wikipedii – Henryk Wujec

Jerzy Wuttke

Jerzy-WuttkeProfesor sztuk plastycznych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, kiedyś także dwukrotny poseł. Pobożny, ale wcale nie dewot, miał dosyć ścisłe kontakty z biskupami z katowickiej archidiecezji. Jurek był nieocenionym twórcą niektórych dzieł i dziełek antysocjalistycznych, rozpowszechnianych m.in. przeze mnie w czasach spiskowania przeciwko PRL-owi. Był – za przeproszeniem – także kolporterem mojego pisma młodzieży solidarnej BAJTEL. Zawsze życzliwy innnym ludzim, choć niekoniecznie każdemu pomocny. Zawsze pogodny, choć wcale nie wesołkowaty. Byliśmy posłami akurat w tym samym czasie, więc zawiązaliśmy dwuosobową „koalicję biblioteczną” dla wsparcia budowanej wówczas Biblioteki Śląskiej. Wspólnie walczyliśmy o sto miliardów złotych na ten cel, zabrany Wałęsie z budżetu prezydenta R.P. W tym celu też wystawiliśmy swoje przedmioty osobiste na aukcję radia „Flash”. Jurek dał na aukcję bodaj fajkę, ja zaś… kajdanki, którymi przykułem się niegdyś w redakcji „Gazety Wyborczej”. Najwyżej wylicytowano właśnie te moje kajdanki, które radio sprzedało za… 50 milionów złotych!. Do Jurka mam wciąż wielką sympatię, więc ograniczę swoją przyrodzoną sarkastyczną (niekiedy sardoniczną) tfu! -rczość…

zobacz w Wikipedii – Jerzy Wuttke

Zbigniew Ziobro

ziobro-zbigniewTo cudowne dziecko PiS-u napatoczyło się na mojej drodze życia zupełnie niepotrzebnie. Facet, który nie przepracował ani jednego dnia jako prokurator, został prokuratorem generalnym. Uwielbia błyszczeć, pozuje na elokwentnego, lepi się do każdego telewizora oraz każdego radiowego mikrofonu. Pełno go wszędzie, bowiem lubi wzniecać ogromny tumult z powodu swej obecności gdziekolwiek. Niestety, jako urzędujący minister sprawiedliwości bezczelnie złamał prawo, wymieniając moje dane osobowe (jako jedynego z ok. 84 świadków) w treści tzw. „informacji rządu” nt. domniemanych przyczyn śmierci b. posłanki Barbary Blidy. To bezprawie stało się potem przyczyną kolejnych naruszeń mojej prywatności oraz dobrego imienia, dokonywanych masowo w mass-mediach przez jego epigonów. Strachliwi sędziowie i prokuratorzy pozwolili mu uniknąć odpowiedzialności karnej i cywilnej. Na użytek Ziobry w lot „modyfikowali” nawet obowiązujące prawo. Ogłaszali np. że może on mieć dwa miejsca stałego zamieszkania, choć kodeks cywilny przewiduje tylko jedno. Albo bredzili, że „prawo prasowe jest adresowane tylko do dziennikarzy„, choć Konstytucja R.P. jasno stwierdza, że wszystkie ustawy są prawem powszechnie obowiązującym. Ale Ziobrze jeszcze nie całkiem się upiekło, może doczekam się sprawiedliwości. Jedna ze spraw jest w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Inną niebawem zajmie się Sąd Najwyższy. Ubolewam nad tym, że facet, który jako minister ostentacyjnie łamie podstawowe normy prawne, wciąż jest ministrem sprawiedliwości oraz prokuratorem generalnym. To ponury żart z prawa i sprawiedliwości, wróży Polsce jak najgorzej. Najmarniejszy prawnik powinien być nieskazitelny, zaś Ziobro utytłany jest od stóp po uszy w czymś, co normalni ludzie starannie omijają z daleka…

zobacz w Wikipedii – Zbigniew Ziobro

John Vaughn

John-VaughnAmerykanin, w latach 1979-1991 generał zakonu franciszkanów i bodaj dwustu szesnastu innych zakonów męskich w kościele rzymskokatolickim. W trakcie pobytu w Polsce, w maju 1987 roku, gdy uchodziłem jeszcze za porządnego mnicha, zażyczył sobie osobistej rozmowy ze mną; w sześć oczu, jako że potrzebny był tłumacz. Przyczyna zainteresowania była dość pospolita: redagowałem wówczas dla braci w habitach pisemko „Frater”, którego egzemplarze wysyłano również do Rzymu. Ponieważ oceniano je całkiem nieźle, dostałem obietnicę studiów w Rzymie oraz redagowania pisma franciszkańskiego. Niestety, nie skorzystałem z propozycji, zresztą wtedy nie miałem nawet matury. Generał zrobił na mnie odpowiednie wrażenie. Zdematerializowało się ono wkrótce, gdy logicznie uświadomiłem sobie, że kondycja intelektualna Kościoła Rzymsko-Katolickiego (a przynajmniej zakonu franciszkańskiego, drugiego po jezuitach pod względem znaczenia) musi być bardzo mizerna. Nie może być inaczej, jeśli nawet ja mogłem uchodzić, choć przez chwilę, za kandydata na mędrca.

zobacz w Wikipedii – John Vaughn


Ryszard M. Zając

Ryszard-M-ZajacNad pieniądze i zaszczyty, przedkładałem zawsze możliwość przeżycia czegoś nowego, niezwykłego. Skrócona wersja mego życiorysu ledwo mieści się na dwudziestu czterech stronach znormalizowanego maszynopisu. Wciąż się powiększa… Byłem tak głupi, że zawsze pchałem nie tylko palce, ale cały swój łeb w niewłaściwe drzwi. Pozwalało mi to nader szybko zauważyć, które sprawy nałożą do poufnych politycznie, bowiem drzwi się wtedy z hukiem zatrzaskiwały. Jestem w jakiejś części zdeklarowanym libertynem, hedonistą, trochę anarchistą i cholera wie, czym jeszcze. Wciąż kocham życie intensywne, a tym samym barwne. Wbrew zaś wymalowanemu niegdyś hasłu nieopodal katowickiego „Spodka” wcale nie kocham (i to miłością nieortograficzną) Jerzego Urbana – nie gustuję bowiem w łysych tłuściochach. Wszyscy ci, którzy mnie znają, z uporom maniaka usiłują jakoś zaklasyfikować Zająca. Na szczęście, nie trzymają się mnie etykiety, za wyjątkiem powszechnego w „Solidarności” przekonania, że byłem i wciąż jestem agentem. Obdarowywano mą osobą Służbę Bezpieczeństwa, Watykan, CIA, nawet Mossad lub KGB. Zważywszy na mój standard życiowy, oburzające jest, że te służby tak mało płacą. Ponieważ nie trzymają się mnie zbyt długo żadne poważne zajęcia, dorabiam sobie – jako wolny strzelec – pisaniem. Kiedyś się jednak wszystko wyda i pewnie pójdę siedzieć. Poprzednie zdanie napisałem, zanim usiadłem. Kasandrą niestety nie jestem, ale to prawda: zamknęli mnie niegdyś za nic – jak to w wolnym kraju. Jestem niechcianym skutkiem wakacyjnej przygody. Nikt mnie nie chciał i zapewne tak już pozostanie. Wychowywała mnie częsciowo babcia oraz ulica, a także państwowy dom dziecka. Trafiłem tam na własne życzenie, z powodu biologicznej matki. Ojca poznałem mając 17 lat, przez całe życie miałem z nim kontakt przez jakieś 40 minut. Nawet nie jestem pewien czy faktycznie jest moim ojcem. Dziadek – Cichociemny – umarł w Londynie, gdy miałem 9 lat. Poznaję Go dopiero teraz, szukając tzw. rodzinnych korzeni. W życiu wszystkiego chciałem dotknąć, poczuć, posmakować. Interesowały mnie zawsze wszystkie barwy życia, od subtelnych aż po wulgarne, co okazało się stałą predyspozycją osobowościową. Zachłanna ma ciekawość świata nieraz później była powodem docinków: że niby chcę i ryby zjeść i morzem popić! Co tam, nie będę się oceniał – jaki jestem, każdy widzi…

zobacz w Wikipedii – Ryszard Zając, profil Facebook

zobacz pozostałe: Alfabet – str. 1 Alfabet – str. 2 Alfabet – str. 3 Alfabet – str. 4

 

WESPRZYJ FUNDACJĘ DLA DEMOKRACJI – WPŁAĆ PROSZĘ DATEK NA KONTO

PKO BP S.A. nr konta: 71 1020 2498 0000 8902 0590 7557




pobierz blankiet wpłaty

 

 

 

powrót na stronę startową