Alfabet Zająca – 3

ALFABET RYSZARDA ZAJĄCA – str. 3


Marian Krzaklewski

marian-krzaklewskiW śląskiej konspirze był czołowym liderem nadmiernie bojaźliwych regionalnych teoretyków opozycji. Z tego strachu, wytwornie nazywanego ostrożnością, nie zaszczycił swą cenną osobą podziemnego zjazdu regionu w lutym 1988. Było nas tam wszystkich razem ledwo ok. 30 osób. Wtedy wolał schować się jeszcze bardziej pod ziemię. W mojej ocenie bohaterem został dopiero wtedy, gdy odwaga staniała. Kiedyś szef „Solidarności”, któremu wydawało się, że jest lepszy od Wałęsy, bo każde dziecko to potrafi. Klasyczny przypadek kota, święcie wierzącego w to, że będzie kiedyś szczekał. Mimo, że doktor (autentyczny, nie honoris causa!), rozwichrzony politycznie i emocjonalnie. Podczas konspiry zwalczał komunę w Gliwicach oraz był szefem straszliwie tajnego „regionalnego systemu kolportażu”. Składał się tenże system z trzech ludzi jeżdżących zdezelowaną „Syreną”, aby obniżyć straty w razie wpadki i konfiskaty tegoż dobra przez bezpiekę. Wykazał czujność rewolucyjną, nie dopuszczając do nadzorowanego przez siebie obiegu nielegalnych wydawnictw, redagowanego przeze mnie „Bajtla”. Ten rodzaj Krzaklewskiej cenzury nie zaszkodził mi zbytnio. Mój „Bajtel” ukazywał się bez Krzaklewskiej łaski, nie wyciągał też ręki po dolarowe dotacje, którymi żywili się inni. Nie dość, że w miarę skutecznie, na rynkowych zasadach, „Bajtel” konkurował z prasą namaszczoną przez RKW — to jeszcze pozwalał sobie czasem na krytykę ślamazarnych pseudo-działań, na które cały czas płynęły zielone pieniądze. Wtedy zmajstrowano plotkę, że „Bajtla” redaguje osobiście generał Kiszczak; ja zaś pełnię jedynie funkcję parawanu. Przestałem zatem mieć o Krzaklewskim dobre zdanie. Później jego pomysły w rodzaju kolektywnych opłat za energię elektryczną uspokoiły mnie znacznie – oto „Solidarność” ma nareszcie przywódcę, który w pełni odpowiada jej faktycznemu znaczeniu. Gdy się już wyszumiał jako wódz narodu i lider AWS, słusznie odszedł w polityczny niebyt. To akurat ten rodzaj walczącego intelektualisty, który nie jest ani nadmiernie walczący, ani nadmiernie intelektualistą. Chciał się ponoć procesować z SLD o określenie go mianem „Piękny Maryjan”. Więc nie ma kogo żałować, jedyne słowo jakie może się z nim obecnie kojarzyć jest krótkie – żenada.

zobacz w Wikipedii – Marian Krzaklewski

Jacek Kuroń

jacek-kuronBył przebiegłym i raczej skutecznym politykiem. Tęga głowa, miał też swój niepowtarzalny urok. Za konspiry wchodziło się do jego żoliborskiego mieszkania bez żadnego pukania czy krępacji. Prowadził dom otwarty w pełnym tego słowa znaczeniu. Czasem spotykałem tam jakieś tajemnicze indywiduum, które spokojnie goliło się w łazience lub wyjadało wiktuały z Kuroniowej lodówki. Wszyscy wokół, łącznie z bezpieką, traktowali go na ogól z pełną rewerencją. Jedynym znanym mi facetem, traktującym Kuronia bezceremonialnie był Paweł M., człowiek od KOR-owskiej „techniki”, wysokiej klasy cwaniak, znany Lityńskiemu, Michnikowi, Celińskiemu czy Bogucie. Możliwości Kuronia poznałem w sierpniu 1988, kiedy to w czteroosobowym gronie: Kuroń, Bujak, Wujec i ja, usłyszałem co nieco o Wajdzie, następnie treść najbliższego komentarza politycznego „Wolnej Europy”, po tym zaś obaliliśmy flaszkę jego ulubionego trunku. Kiedy robiłem z nim wywiad, zwrócił mą uwagę pewnym wyczuleniem na komplementy oraz właśnie, nazywając to delikatnie, przywiązaniem do alkoholu. Wiele jego politycznych proroctw nie spełniło się zupełnie, co uszło mu na sucho, dzięki umiejętności wykręcania się z wcześniejszych, mocno kategorycznych stwierdzeń. Kiedy był ministrem pracy, zupełnie olewając konwenanse oraz styropianowo-polityczną poprawność, w felietonie w „Gazecie Wyborczej” przyznał, że znał mnie z konspiry. Bronił w wytoczonym mi przez dawnych kolegów politycznym procesie, zwanym sprawą „palantów z Solidarności”. Dziękuję Ci Jacku [*]…

zobacz w Wikipedii – Jacek Kuroń

Jacek Kurski

hasło w opracowaniu

zobacz w Wikipedii – Jacek Kurski

Aleksander Kwaśniewski

aleksander-kwasniewskiKlasyczny przedstawiciel kawiorowej lewicy. Wielbiciel szampana, czyli napoju klasy robotniczej pijanego ustami jej najlepszych przedstawicieli. Za takiego właśnie się uważa. Wypiłem kiedyż w jego towarzystwie sporo wódki, a wcześniej (lub później) przyjął mnie w gabinecie, skąd dowodził najbardziej leniwą partią lewicy – Socjaldemokracją Rzeczypospolitej Polskiej. Wabił się (wśród swoich) „Olo”, miał sporo wdzięku i nadzwyczaj szerokie horyzonty. Zaimponował mi kiedyś elokwencją i erudycją, której nie tracił nawet po nastym już kieliszku. Znacznie bardziej właściwym dlań miejscem byłaby Unia Demokratyczna, gdyby tak jak on nie przestała mieć znaczenie. Pozbył się balastu dyżurnego „komucha”, bez zbędnego wysiłku wygrywając wybory prezydenckie z Wałęsą. Była to marna rywalizacja, bo obaj kandydaci nie mieli wyższego wykształcenia. Jednak w drugiej kampanii prezydenckiej mu pomogłem co nieco, także podsuwając rozmaite źródła finansowania.

Gdy zostałem posłem miał do mnie często pretensje o moje wojenki z klerykalizacją państwa. Olo przyjaźnił się z wieloma biskupami, pił z nimi wódkę, przedkładał towarzyskie relacje z fioletowymi personami nad fundamentalna zasadę rozdziału kościoła od państwa. Ta intelektualnie ciasna postawa mogła wynikać z nadzwyczaj lichego gabinetu prezydenta R.P. z którego rządził Polską. Moja antyklerykalność przeszkadzała mu w propaństwowym i alkoholowym brataniu się z biskupami oraz innymi książętami Kościoła III R.P.. Odsunięty na boczny tor polskiej polityki, wiele utracił ze swych cennych możliwości. Dla mało kogo pozostał symbolem marksistowskiego diabła, choć zrobił fortunę na rozmaitym bywaniu wśród wschodnich oligarchów. Polityczny emeryt – jego żona już nie naucza prostego ludu jak jeść bezę. On sam już też nikogo do boju nie poprowadzi. No chyba że zygzakiem…

zobacz w Wikipedii – Aleksander Kwaśniewski

Jan Józef Lipski

hasło w opracowaniu

zobacz w Wikipedii – Jan Józef Lipski

Bogdan Lis

hasło w opracowaniu

zobacz w Wikipedii – Bogdan Lis

Jan Lityński

jan-litynskiRasowy intelektualista. Ostatnio razem z Henrykiem Wujcem doradzał ówczesnemu prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. Niestety, Komor przegrał sromotnie. Harcownik marcowy, KOR-nik, autor „Posłania do narodów Europy Wschodniej”. Wspólnie z Geremkiem negocjował z komuną wyjście „Solidarności z mroków podziemia. W konspirze mój szef z wyboru. Częste „bywanie na wyjeździe” stało się wtedy moim stylem życia. Warszawę odwiedzałem na okrągło, przynajmniej raz, jeśli nie dwa w tygodniu, starając się zawsze obowiązkowo wdepnąć do mieszkania Lita. Czasem wypadały mu ze stojaka na gazety studolarówki, gdzie zapewne ukrywał je przed bezpieką. Wtedy jeszcze mieszkał na Mokotowskiej, później kupił lokum trochę większe niedaleko „Skry”. Niepozorny zewnętrznie, ma pewne kłopoty z wymową, rekompensował to wszystko z nawiązką prawdziwie arystokratycznym umysłem, przenikliwym i bystrym.

Dla mnie był strasznie podobny intelektualnie do Piotra Gadzinowskiego z czasów „NIE”; oczywiście różnią ich znacznie szczegóły ideologiczne. Mój stosunek do niego porównywalny był jedynie z uwielbieniom Urbana dla Jaruzelskiego. Z Piotrkiem Gadzinowskim obecnie piszę na tych samych łamach, choć zdalnie. Moja słabość do Lita, pomimo wielu lat, przetrwała próbę czasu. Niestety, ostatnio intensywnie współpracowaliśmy w kampanii wyborczej 1989 roku, kiedy kierowałem biurem wyborczym „Solidarności” w Warszawie. Lit i inne KOR-niki spiskowały wówczas razem z komuną, ale przeciwko niej. To wtedy Zbigniew Bujak ogłosił, że „wyborów nie wygrywa się długopisem”. Lit to urodzony spiskowiec, więc demokratyczna Rzeczpospolita pewnie Go strasznie nudzi. Chętnie bym z Nim znów pospiskował albo poszukiwał sprzeczności. Nie mam jednak pewności, czy jego arystokratyczna postać byłaby to w stanie ścierpieć. Widujemy się czasem, kłaniając uprzejmie, w różnych miejscach, ostatnio w Sejmie R.P. podczas spotkania z okazji 20 lecia uchwalenia (także przeze mnie) Konstytucji R.P.  Oczywiście Żyd, ale nigdy nie czułem do tej nacji jakiegoś obrzydzenia. Jarmułka nie jest mi dziwna, poznałem wielu bardzo sympatycznych i mądrych Żydów…

zobacz w Wikipedii – Jan Lityński

Helena Łuczywo

helena-luczywoWice-Michnik; faktyczny szef „Gazety Wyborczej”, wcześniej zaś konspiracyjnego „Tygodnika Mazowsze”. W kuluarach krakowskiej Konferencji Praw Człowieka, gdzie przyjechałem prosto ze strajkującej kopalni „Manifest Lipcowy”, zarekomendowała mnie wiceszefowi jednej z największych central związkowych w Japonii, nazywającemu się też po japońsku Mistwo Tanaka (do dziś nie wiem, który z tych wyrazów jest imieniem, co dręczy mnie nieco). Porwałem go rozsypującym się dużym fiatem z Krakowa do Jastrzębia, by wsparł duchowo strajkujących górników. Niestety, ktoś gorliwy (nie śmiem podejrzewać, że właśnie Ona)  poinformował o planowanym naszym przyjeździe „Wolną Europę”. Informacja na falach eteru wyprzedziła znacznie nasze przybycie (jechałem dużym fiatem…), pozwalając bezpiece uszczelnić milicyjny kordon wokół kopalni. Japończyk był w ekskluzywnym garniturze, nie proponowałem mu więc wejścia na jej teren kanałem kanalizacyjnym, którym ja wylazłem, wróciliśmy wobec tego z niczym. Ale i tak ekscytował się bardzo, że osobiście walczy z komuną. Podczas „Okrągłego Stołu” w mieszkaniu Łuczywo dyskutowaliśmy o koniecznym zniesieniu cenzury. Do tego elitarnego grona już mnie potem nie zaproszono, bowiem chciałem zniesienia cenzury jako jedyny. Pozostali, łącznie z Helenką uważali, że na początku zmiany ustroju „istnienie cenzury jest złem koniecznym”. Kiedy powiadomiłem ją, że pierwsze numery „Wyborczej” były kopiowane i sprzedawane za granicą wśród kanadyjskiej Polonii przez syna Ksawerego Pruszyńskiego, subtelnie zaakcentowała swą niechęć wobec mnie. Jeszcze wtedy widać nie kumała co to prawa autorskie, a ja nie byłem synem nikogo znanego. Jakoś więc mnie nie trawi, a ja ją jednak troszkę. Wcale nie dlatego, że wywodzi się z tzw. żydokomuny…

zobacz w Wikipedii – Helena Łuczywo

Andrzej Machalski

W czerwcu 1989, jako szefa biura wyborczego „S” w Warszawie, wysiano mnie po pięć milionów złotych (wówczas kwota dość poważna) do Krajowego Biura Wyborczego. Kasę trzymał tam Jacek Kuroń, który mnie znał, więc może dlatego pieniędzy nie dostałem. Za tą kasę wygralibyśmy z komuną za bardzo i to wbrew ustaleniom. Zanim jednak dotarłem przed jego oblicze, zmitrężyłem mnóstwo czasu pokonując rozmaite biurokratyczne bariery. Rozżalony znikomym efektem mych starań, z przypadkowo spotkanym na korytarzu facetem z brodą podzieliłem się mocno krytyczną opinią o funkcjonowaniu tegoż biura, przypominającego mi do złudzenia nieludzkie czeluście Komitetu Centralnego PZPR, gdzie kiedyś też pobiegałem przez chwilę. Zwierzyłem się nawet, że część warszawskiej opozycji uważa szefa Krajowego Biura Wyborczego „S” za …. (tu słowo powszechnie używane za obelżywe). Tak dosyć nietypowo poznałem Machalskiego, który wtedy pełnił właśnie tę funkcję. Później słyszałem o jego wyczynach w roli prezydenta Konfederacji Pracodawców Polskich, senatora, wreszcie prezesa Rady Nadzorczej kombinatu „Polska Miedź” oraz współtwórcy Krajowej Izby Gospodarczej. Nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zaprezentowana mu wówczas opinia o nim była błędna. Nadal się w pełni z nią zgadzam, choć już w wyższych sferach biznesowej arystokracji raczej nie bywam.

zobacz w Wikipedii – Andrzej Machalski

Adam Michnik

adam-michnik-mBliżej przedstawiać go nie trzeba. Wielki Manipulo Polskiej Transformacji Ustrojowej. KOR-nik, drugi po Kuroniu nieformalny szef anty-PRL-owskiej opozycji. Kumpel Lityńskiego, Wujca, Celińskiego itp. Obecnie trochę stracił osobistego uwielbienia, zwłaszcza po wytaczaniu procesów dziennikarzom konkurencyjnych tytułów. Poprzestał na tym, w czym jest najlepszy, nigdy nie pchając się na rządowe posadki. Nawet wielkopańskim gestem zrezygnował z akcji Agory, poprzestając na gwarancji dożywotniego i dostatniego utrzymania. Spotykaliśmy się w konspirze kilkakrotnie, zwłaszcza na malutkich popijawach u Jacka Kuronia. Kiedyś wypiłem z nim solidną wódkę, co poczytuję sobie za zaszczyt. W trakcie wyborów 1989 roku, nocną porą, pędziłem z Warszawy do Piekar Śląskich (pozdrowienia dla Piotrka Polmańskiego), wioząc mu samochód pełen wyborczej makulatury oraz wygospodarowane przeze mnie pieniążki na jego kampanię. Zapłaciłem wówczas słony mandat za znaczne przekroczenie szybkości. Mam więc niepodważalny wkład w wylansowanie Adasia Michnika…

Jego ludzie w katowickiej „Gazecie Wyborczej” tuż po zmianie ustroju zabronili mi tam pisać, postrzegając mnie, na długo przed lustracją, jako równie przebiegłego co obrzydliwego agenta. Pochlebili mi tym, bowiem tego rodzaju zajęcie zawsze uważałem za nader nobilitujące. Nigdy więc nie reklamowałem tego donosu u Michnika, choć z tydzień rozpaczałem z powodu ocenzurowania mych tekstów w „Wyborczej”. W 1990 roku ówczesny minister edukacji (!) nadał jemu oraz 3 historykom osobliwe uprawnienie do osobistego przeglądnięcia archiwów bezpieki. Grzebali w nich przez niespełna trzy miesiące, zanim dobrał się do nich ktokolwiek inny. Po jakichś wyczynach „Wyborczej” protestowałem w katowickiej jej redakcji, przykuwając się kajdankami do kaloryfera. Nie skłamię: dali mi fotel, napój i kanapki. Owe kajdany zostały wkrótce sprzedane za najwyższą cenę na specjalnej aukcji ogłoszonej przez radio „Flash”, za astronomiczną wówczas kwotę 50 milionów złotych. Skalpel prof. Religi poszedł za 10,5 mln, a muszka Korwina-Mikke za zaledwie 5,5 mln. Cały zysk przeznaczono na budowę Biblioteki Śląskiej. Adaś Michnik ma więc niepodważalne zasługi także i dla naszego regionu… Nieprzypadkowo to do niego przyszedł Rywin z propozycja kupienia ustawy za łapówkę. Adam miał wtedy niejakiego Leszka Millera, wówczas bieżącego premiera, na telefon.

zobacz w Wikipedii – Adam Michnik

Leszek Miller

hasło w opracowaniu

zobacz w Wikipedii – Leszek Miller

Leszek Moczulski

leszek-moczulskiCenię za inteligencję jego byłego zastępcę (choć nie zięcia), Adama Słomkę, nie będę zatem zbytnio się o Moczu (tak mówiono nań w konspirze) wyrażał. Klasyczny przypadek polityka, po którego odejściu uformowana wokół niego grupa polityczna umiera śmiercią naturalną – przez zapomnienie. Jego odpowiednikiem tego rodzaju jest Janusz Korwin-Mikke, choć znacznie moim zdaniem mniej błyskotliwym, tyle że hałaśliwy. Za konspiry i później udzielił mi kilku wywiadów, zachowując się podobnie chłodno jak Jaruzelski. Zostałem kiedyś przyjęty na audiencji prywatnej u Moczulskiego w domu. Cały czas miałem wrażenie, że zachowuję się niewłaściwie, Moczu patrzał bowiem na mnie tak, jakbym puścił głośno bąka w jego salonie, pełnym dostojeństwa i zawieszonych na ścianach jakichś szabli oraz pisemnych dowodów poważania ze strony rozmaitych kół politycznych na Zachodzie. Znacznie bardziej łasy na pochlebstwa niż Kuroń, ale też mniej ich dostał. Obecnie kompletny emeryt, choć z zasługami.

zobacz w Wikipedii – Leszek Moczulski

zobacz pozostałe: Alfabet – str. 1 Alfabet – str. 2 Alfabet – str. 4 Alfabet – str. 5

strona w budowie

WESPRZYJ FUNDACJĘ DLA DEMOKRACJI – WPŁAĆ PROSZĘ DATEK NA KONTO

PKO BP S.A. nr konta: 71 1020 2498 0000 8902 0590 7557


pobierz blankiet wpłaty

 

 

powrót na stronę startową